Nowości w mojej kosmetyczce - kwiecień, maj. Bielenda/Vianek/Perfecta/Lirene/Lovely/Isana i inni.


Po krótkiej przerwie zapraszam Was na nieco opóźniony przegląd nowości kosmetycznych z kwietnia i maja. Większość rzeczy z tego wpisu kupiłam na różnego typu promocjach i obniżkach typu -55%, -50%, czy 2+2. W poście znajdzie się też kilka kosmetycznych prezentów - 'darów losu'.
Na wstępie dodam jeszcze, że dzisiejszy post będzie chyba jedynym jaki pojawi się w czerwcu. Ze względu na okres zaliczeń na uczelni będzie mnie tu mniej na pewno przez najbliższe 2 tygodnie. Mam nadzieje, że mi to wybaczycie :D
Nowości standardowo rozpocznę od moich zakupów z początku kwietnia. Pierwsze zakupy w tym miesiącu były w sumie uzupełnieniem braków w kosmetykach. Jako, że skończył mi się łagodzący tonik z Vianka to skusiłam się na kolejną butelkę - tym razem w nawilżającej, mocno polecanej wersji (16,90 zł). Z kolei nie mogąc znieść już podkładu Eveline skusiłam się na matująco - kryjący fluid z bell, który znalazłam na promocji w hebe za 9,89 zł. W tej samej drogerii - swoją drogą mojej ulubionej skusiłam się innym razem na maseczkę miya. Kusiła mnie już od jakiegoś czasu, więc gdy zobaczyłam ją na promocji za 22,99 zł nie wahałam się zbyt długo :D
Na początek kwietna przypadła też noc zakupów w Rossmannie, czyli promocji na której można było kupić za połowę ceny m.in dezodoranty i żele pod prysznic. Sama skusiłam się wtedy na 2 żele Isany, które wychodziły za półdarmo :D Dodatkowo w koszyku wylądowała Rexona i dezodorant do stóp Fuss Wohl. Same podstawowe rzeczy, za które zapłaciłam 10,48 zł, wychodziły więc bardzo tanio :)
Tuż przed promocją w Rossmannie udało mi się wygrać rozdanie na intagramie u Karoliny. W paczce znalazłam sporo kolorówki Lovely, ale i nie tylko :) Większość rzeczy jest już w użyciu i muszę przyznać, że szczególnie przypadł mi do gustu rozświetlacz i błyszczyk Bell.
Moje zamówienie z Rossmanna podczas promocji na kolorówkę wyszło już raczej skromnie, ale udało mi się kupić większość rzeczy jakie planowałam. Skusiłam się na podkład Fit me! (13,95 zł), który już miałam i miło wspominam. Reszta rzeczy to nowości, które polecało wiele osób - tusz Eveline (7,38 zł), zestaw do brwi wibo (11,83 zł) i odżywkę do paznokci Killys (5,85 zł).
Już w maju w hebe pojawiła się promocja 2+2 na żele pod prysznic, płyny do kąpieli, dezodoranty i peelingi do ciała. Wtedy skusiłam się na 2 peelingi od Lirene, które już miałam w innych wersjach i bardzo je lubię. Wersja morska z tego co wiem to chyba nowość :) Do tego dobrałam też żele z Palmolive i Fa oraz płyn do kąpieli Luksja, którego akurat zabrakło na zdjęciu. Zakupy robiłam z siostrą, a moja część kosztowała 37 zł.
W Rossmannie udało mi się kupić maseczkę Evree w cenie na do widzenia. Swego czasu bardzo ją lubiłam, więc jestem ciekawa jak teraz się sprawdzi. Jak widzicie kosztowała 13,39 zł. Przy innej okazji kupiłam sorbet do ciała od AA inspirowany koreańską pielęgnacją. Wyglądał całkiem ciekawa i dodatkowo w klubie można było go kupić za 11,49 zł więc się skusiłam :)
Hebe wyprzedziło Rossmanna promocją 2+2 na pielęgnacje twarzy. Jako, że powoli kończył się się krem do twarzy to skusiłam się na zakupy razem z mamą. Dla siebie wybrałam matujący krem od Soraya, który bardzo pasował mojej siostrze i stosunkowo nowy płyn micelarny Bielenda. Każdy z produktów wyszedł po 12 zł. 
 Z kolei na promocji w Rossmannie na pielęgnację twarzy dokupiłam hydro - esencje z tej samej serii Bielendy co i płyn. Do tego dla siebie (bo tym razem robiłam zakupy razem z siostrą) dobrałam peeling Perfecta. Za te dwie rzeczy zapłaciłam 26 zł i bardzo się cieszę z ich kupna, bo od dawna chciałam je wypróbować :D
Plan był taki, żeby na jednorazowym skorzystaniu z promocji w Rossmannie poprzestać, ale w ostatni dzień promocji miałam kiepski dzień, więc uznałam, że na poprawę humoru wybiorę się po raz kolejny do R. :D Tym razem kupiłam 3 maski Perfecta, które w sumie i tak chciałam wypróbować, więc nadarzyła się fajna okazja.. :D Do nich dobrałam - całkowicie w ciemno peeling Biotanique. Za całość zapłaciłam 20,18 zł, więc za jeden kosmetyk wyszedł praktycznie po 5 zł, także.. niezły deal :D
W maju miałam przyjemność spędzić miłe popołudnie przy kawie z Karoliną, którą możecie znać z instagramowego konta Świat Kosmetykoholiczki (a niegdyś bloga o tej samej nazwie). Zostałam miło zaskoczona kosmetyczną niespodzianką w postaci kosmetyków i wszelkiego typu próbek do pielęgnacji twarzy ♥ Kosmetyk Tołpa już jest w użyciu i muszę przyznać - jest moc! Produktu Vianka też jestem mega ciekawa! :)
Jednak to nie koniec podarków ze spotkania z Karoliną - na zdjęciu wyżej widzicie nagrodę z rozdania od Ines. Wygranego dzięki oznaczeniu mnie przez Karolinę w jej zgłoszeniu do konkursu. W paczuszce tym razem znalazłam krem eos, masełko do ust Bielenda, miętowy peeling do ust, maseczki, sporo miniaturek i próbek. Jeszcze raz dziękuję za miłe spotkanie i prezenty ♥

To już wszystkie nowości, większość z nich (oprócz toniku Vianka) kupiłam na różnego typu promocjach. W kwietniu wydałam 99,27 zł, a w maju 132,06 zł, także cóż... w obu przypadkach (i to znacznie) przekroczyłam swój limit 50 zł. Mimo to nie żałuję, bo jakoś specjalnie się nie kontrolowałam :D Za to z pewnością z czerwcu będę bardziej oszczędna tak by ten próg nie został przekroczy, zwłaszcza, że uzupełniłam jak widać zapasy w kwestii pielęgnacji twarzy i kosmetyków pod prysznic :D

Znacie coś z moich nowości? Coś Was ciekawi szczególnie? :)
Czytaj dalej

Maseczka dla zabieganych? - myPUREexpress od Miya.


Moje początki z marką Miya nie były zbyt udane, mimo całkiem niezłego początku ich krem z masłem shea pogorszył stan mojej cery.. Jednak gdy zobaczyłam w ofercie firmy błyskawiczne maseczki, wiedziałam, że w końcu będą moje. Sama jako typowa maseczkomaniaczka nigdy nie żałuję sobie czasu na chwilę z maseczką, ale sam pomysł na produkt jest całkiem fajny ;) Dodatkowo zachęciła mnie obecność glinek w składzie, które moja cera tak lubi. Na początek wybrałam dla siebie wersję myPUREexpress - czyli maskę oczyszczającą, która wydaje mi się, że zbiera więcej pozytywnych opinii. Jak się u mnie sprawdziła? O tym w dzisiejszym wpisie :)
Maseczkę znajdujemy w plastikowym, zakręcanym słoiczku o pojemności 50 g. Muszę przyznać, że jest ono na prawdę piękne! Z daleka kusi swoim minimalistycznym, pastelowym wyglądem ♥ Zapach jest trudny do określenia - niby kwaśny, ale zarazem jakby kremowy.. Jedno jest pewne - jest niezwykle przyjemny dla nosa, a do tego delikatny! Na pewno nie zabije nas swoją mocą, a raczej uprzyjemni aplikację :)
 Konsystencja jest gładka i kremowa, ale i dość rzadka. Jednak nie na tyle by utrudniała aplikację - nakłada się ją bez problemu. Wystarczy cienka warstwa na pokrycie twarzy, co przekłada się też na jej wydajność. Początkowo wydawało mi się, że maska jest maleńka, jednak okazuje się, że wcale tak źle nie jest. Przeciwnie - wystarczyła mi ona na mniej więcej 2 miesiące przy używaniu 1-3 razy w tygodniu.
Dużym plusem maski jest to, że mimo zawartości glinek nie zasycha na skorupę. Co prawda rzeczywiście po kilku minutach już jest nieco przyschnięta, ale nie musimy obawiać się wysuszenia, czy ściągnięcia. Warto wspomnieć o delikatnym szczypaniu po nałożeniu, które jest jednak zasługą kwasu, więc nie musimy się niczego obawiać :) Po zmyciu maski (co nie jest jakieś super trudne) cera jest wręcz delikatnie nawilżona, chociaż nie jest to na pewno coś ekstra nawilżającego. Mimo to, skóra jest gładka i niezwykle miękka. Widać też oczyszczenie skóry, a niedoskonałości są jakby mniej widoczne. Wraz z dłuższym stosowaniem zauważyłam też, że ładnie wyrównuje koloryt cery, a pory na policzkach i nosie są oczyszczone i znacznie mniej widoczne! Co niezwykle mnie ucieszyło, ale i zaskoczyło, bo jednak mało jaka maska daje taki efekt :) Pewnie miało na taki rezultat wpływ także serum Bielendy z kwasami, które jest produktem niezastąpionym w mojej pielęgnacji, ale i maska miała spory wpływ na taki stan cery!
5-minutowa maska jest zdecydowanie pozycją wartą uwagi jeśli zmagacie się z cerą problematyczną. Większość obietnic producenta została spełniona, a stan cery zdecydowanie się poprawił. Także mimo dość wysokiej ceny - ok. 35 zł warto ją wypróbować i szukać na promocjach, bo wtedy można kupić ją nawet dychę taniej. Sama znalazłam ją w hebe początkiem kwietnia za nieco ponad 20 zł ;) 
Na pewno sama skuszę się także na drugą - niebieską wersję tej maski, jestem ciekawa czy miałyście okazje używać już tych masek i czy macie może jakieś porównanie tych dwóch wersji masek MIYA ze sobą?
Czytaj dalej

Dobry podkład za grosze? - Bell Hypoallergenic, Mat&Cover.


Jeszcze nie tak dawno ciężko było mi znaleść dobry podkład, po tym jak wycofali mojego wieloletniego ulubieńca z Rimmela. Rok temu poznałam sławny podkład Fit me!, który przypadł mi do gustu na tyle, że znowu do niego powróciłam. Nie tak dawno pokazywałam Wam All matt plus od Catrice, który mnie zachwycił, a dzisiaj mam kolejny - trzeci podkład, do którego z pewnością będę wracać. A trzecim podkładowym ulubieńcem został matująco - kryjący podkład od Bell z serii hipoalergicznej :) Dlaczego tak przypadł mi do gustu? O tym opowiem w dzisiejszym poście! :D
Opakowanie podkładu to miękka, zakręcona tubka o pojemności 30 ml. Całość jest utrzymana w minimalistycznej, białej kolorystyce - podobnej jak w całej serii Hypoallergenic. 
W całej gamie kolorów podkładu znajdziemy 4 odcienie. Sama wybrałam dla siebie najjaśniejszy 01 NUDE. Kolor jest rzeczywiście jasny - na tyle, że jest idealny dla mnie nawet teraz po zimie, kiedy cera nie złapała jeszcze promieni słońca :) Posiada on też żółte tony, co mi osobiście bardzo odpowiada. Ogólnie jest bardzo podobny do najjaśniejszego 010 All matt plus od Catrice, tamten wydaje się odrobinę jaśniejszy i bardziej ziemisty. Z tego co pamiętam kolejny numerek Bell, czyli 02  NATURAL też był w miarę jasny. Myślę, że może być odpowiedni na lato :) 03 i 04 z kolei są już znacznie ciemniejsze. Poniżej możecie zobaczyć kolor 01 od Bell i 105 Fit me! od Maybelline.
Konsystencja fluidu Bell należy do tych gęściejszych, co mam wrażenie przekłada się na wydajność podkładu. Nie jest ona jednak na tyle gęsta by utrudniać nakładanie podkładu, nawet palcami ;) Zapach to chyba jedyny minus podkładu - mi kojarzy się z drożdżami i nie jest zbyt przyjemny. Ale znowu w podkładach ta kwestia nie jest dla mnie tak znacząca :D
Według producenta jest to podkład matująco - kryjący. Mat jest raczej delikatny, efekt jest bardziej satynowy moim zdaniem, trzeba wspomóc się pudrem. Krycie określiłabym jako idealne na co dzień - nie jest ono na pewno mocne, ale dla mnie wystarczające. Podkład radzi sobie z przykryciem przebarwień, z większymi niedoskonałościami z kolei może mieć już kłopot. Na twarzy wygląda bardzo ładnie, jestem w stanie zgodzić się z obietnicą producenta na temat zdrowego wyglądu. Jest leciutki, nie czuć go na skórze, nie ciemnieje, ani nie zapycha. Mógłby być co prawda bardziej trwały, bo całego dnia w nienaruszonym stanie nie przetrwa, ale sama jestem z niego na prawdę zadowolona! :)
Dużym plusem jest też jego regularna cena - ok. 14 - 17 zł. Na promocji jednak sama dorwałam go jakoś za 9-10 zł. Dostaniecie go w drogeriach w których dostępna jest szafa Bell, czyli m.in hebe i Rossmannie. Sam podkład z tego co czytałam ma zwolenników i przeciwników, niektórych nie zadowala jego słaba trwałość i mat. Jednak za taką cenę moim zdaniem jest na prawdę wart chociażby wypróbowania! Sama chętnie będę do niego wracać :)
Znacie ten podkład? Jak u Was się sprawdził? Jakie podkłady są Waszymi ulubieńcami? :)
Czytaj dalej

Powroty po latach, czyli kolejne podejście do peelingu Nacomi - wersja przeciwtrądzikowa.


Tym razem przychodzę do Was z produktem, do którego powróciłam po latach. Tak dokładniej to 3, a produkt o jakim mowa to zapewne znany większości z Was peeling do twarzy Nacomi. W 2016 roku miałam go w wersji nawilżającej z kakaowcem - jego pełną recenzję znajdziecie tutaj. Wtedy jednak nie do końca przypadł mi do gustu, podejrzewam jednak, że wtedy trafiła mi się jakaś feralna partia z rozdzieloną - dwufazową konsystencją. Teraz postanowiłam kupić go ponownie, ale tym razem w wersji przeciwtrądzikowej, czyli nieco bardziej odpowiedniej dla mojego typu cery. Jak się u mnie sprawdził i czy bardziej go polubiłam? O tym w dzisiejszym poście ;)
Po tych kilku latach marka jak widać zdecydowała się na zmianę opakowania, które zachowało nadal swoją formę, bo jest to plastikowa tubka o pojemności 85 ml (tu mała zmiana na plus, bo wcześniej było go 75 ml). Jednak zamiast przeźroczystego opakowania mamy biało - zielone. Poszczególne wersje różnią się delikatnie kolorami, ale każda jest pastelowa i dopasowana do ogólnego wyglądu kosmetyków marki, czyli bardzo dziewczęcego i minimalistycznego. 
W opakowaniu peeling pachnie delikatnie i olejkowo, nieco słodko. Dopiero po wydobyciu go na dłoń czuć dodatkową woń ziół, a konkretniej wspomnianą pokrzywę. Całość jest ogólnie dość naturalna. Konsystencja na szczęście tym  razem trafiła mi się dobra, a nie jak ostatnio rozdzielona :D Jest ona kremowa, na pierwszy rzut oka nie widać wcale w niej drobinek. Nie było to dla mnie niczym dziwnym, bo przyzwyczaiłam się już do tego, że korund jest na tyle drobny, że czuć go dopiero podczas samego 'zabiegu'. 
Podczas peelingowania wyraźnie czuć malutkie drobinki, coś a'la piasek, które całkiem nieźle sobie radzą z usuwaniem suchych skórek. Da się wyczuć przez nieco tłustawą konsystencję obecność olejku jojoba. Peeling ani trochę się nie pieni, dodatkowo przez obecność wspomnianych olejków zmycie drobinek korundu przychodzi nam z niewielką trudnością. Przy wcześniejszym opakowaniu wspomagałam się dodatkowym myciem skóry, teraz jednak nie jest to konieczne. 
Jeśli chodzi o moc zdzierania to nie jest ona najgorsza, sama lubię stosować go na suchą skórę, bo wtedy sprawdza się u mnie nieco lepiej. Na mokro jest dla mnie nieco za słaby, bo jak wiecie lubię mocne peelingi. Cera po jego użyciu jest wygładzona, da się wyczuć dodatkowe - niewielkie, nawilżenie. Osobiście wolę peelingi bardziej oczyszczające, więc mi ono akurat średnio odpowiada :D Producent wspomina o tym, że peeling zmniejsza wydzielanie sebum i zapobiega powstawaniu zmian trądzikowych. Ja jednak nie zauważyłam, żeby miał wpływ na jedno albo drugie.
Na uwagę i pochwałę zasługuje fakt, że jest to produkt naturalny i produkowany w Polsce. Regularna cena produktu to ok. 20-25 zł. Sama jednak kupiłam go w hebe na promocji za 12-13 zł, więc jest to dużo przyjemniejsza kwota. Dodam, że właśnie tam widuje go dość często taniej. Znajdziecie go także w drogeriach internetowych. Sama nie wiem czy kupię go po raz kolejny, mimo, że jest przyjemny to jednak wolę produkty pozostawiające dodatkowe uczucie oczyszczenia :) Warto jednak wypróbować ten peeling na własnej skórze. Zwłaszcza, że jest to kultowy już kosmetyk, który jest hitem wielu osób.

Miałyście już okazję go poznać? Jak sprawdził się u Was? :)
Czytaj dalej

Zamiana w chmurkę, czyli maski Cloud Mask od Bielenda.


Na dzisiaj przygotowałam dla Was kolejną recenzję zbiorową maseczek w saszetkach, już ostatnią, bo udało się się wykończyć wszystkie jednorazowe maseczki jakie miałam. Kolejne maseczkowe posty będą już dotyczyć masek w większych opakowaniach :) Zanim jednak to zapraszam Was na krótkie opinie na temat kolorowych masek bomblujących Cloud Mask od Bielendy. Nie są to moje pierwsze maski, które powodują, że zamieniamy się w chmurkę. Miałam już bowiem dwie podobne maski od AA, dlatego w poście znajdziecie też małe porównanie masek tych dwóch firm.
Na początek kilka kwestii, które łączą wszystkie cztery maseczki.. Opakowanie zdecydowanie przyciągają wzrok, co prawda na moje oko wydaje się bardziej skierowane dla młodszego grona odbiorcy. Ale na pewno skuszą i tych starszych.. :) Saszetki zawierają 6 g produktu - moim zdaniem jest to idealna ilość na pokrycie całej twarzy nic nam nie zostaje, a nie musimy się obawiać, że zabraknie nam maski. Tak jak było u mnie w wypadku masek z AA, musiałam być bardzo oszczędna, by maski wystarczyło na całą twarz.. Jeśli chodzi o konsystencję to jest ona żelowa w kolorze takim jak opakowanie - odpowiadającym danemu zapachowi. Bardzo podoba mi się to, że maska nie wytwarza bąbelków od razu po nałożeniu na twarz, w wypadku masek z AA trudno było nałożyć nawet maskę, bo już podczas wydobywania z opakowania zaczynała musować. Tutaj pokryjemy całą twarz i wtedy maska zaczyna przyjemnie musować wytwarzając pianę, delikatnie masując naszą cerę. Osobiście bardzo lubię takie łaskotanie, które dla mnie jest bardzo przyjemne :) Ale wiem, że znajdą się osoby, które nie lubią takiego efektu. Dodam jeszcze, że piany powstaje całkiem sporo, na moje oko nieco więcej niż wtedy gdy stosowałam maseczki AA. Do tego mam wrażenie, że dłużej się ona utrzymuje, w wypadku AA dość szybko ona znikała. W wypadku Bielendy piana jest jakby 'sztywniejsza' i nie spływa z twarzy, przemieszczając się np. do oczu czy nosa :D W kwestiach technicznych więc dużo lepiej moim zdaniem wypada Bielenda. Zapachy masek tej firmy są raczej delikatne, wyczuwalne tylko podczas aplikacji, a więcej o nich i działaniu poniżej :)
MANGO BALANGO - BĄBELKUJĄCA MASECZKA ENERGETYZUJĄCA
Jako pierwszą do testów wybrałam wersję z mango, pomimo, że nie jestem wielką fanką tego owocu. Na moje szczęście zapach przypomina mi bardziej ogólnie owoce egzotyczne niż samo czyste mango. Zresztą nawet producent wspomina w opisie o papaji i awokado. Ogólnie zapach jest bardzo przyjemny i dosyć naturalny :) Po użyciu maski cera była przyjemnie odświeżona i rozjaśniona, jej koloryt był wyrównany, a do tego była niezwykle miękka! Tak więc obietnice producenta co do efektów zostały zdecydowanie zrealizowane :) Muszę przyznać, że byłam na prawdę pozytywnie zaskoczona, bo nie spodziewałam się takiego działania i takiej miękkości. Chociaż z jakimś większymi suchymi partiami skóry np. w okolicach nosa sobie nie poradziła, ale też na to nie liczyłam.
MERRY BERRY - BĄBELKUJĄCA MASECZKA DETOKSYKUJĄCA
W kolejnej wersji z jagodami acai zapach już nie był tak naturalny jak w poprzedniej wersji. Maska pachniała nieco kwaśno, nie była to czysta jagoda, może to zasługa żurawiny o której wspomina producent ;) Jeśli chodzi o działanie to głównie przynosi ona cerze odświeżenie, dodatkowo czuć delikatne oczyszczenie. Cera po użyciu jest przyjemnie matowa i gładka, więc w sumie obietnice producenta znowu zostały spełnione.
BANANA CABANA - BĄBELKUJĄCA MASECZKA NAWILŻAJĄCA
Jako przed ostatnią wypróbowałam wersję bananową, której zapachu w sumie byłam najbardziej ciekawa. Zostałam jednak nieco rozczarowana, bo zapach był taki nijaki.. Niezbyt intensywny, banana w sumie praktycznie tam nie czułam, ogólnie całość była mało wyczuwalna. Działanie w sumie było podobne - mało charakterystyczne, na pewno nie zauważyłam poprawy w nawilżeniu skóry. Lepsza była pod tym względem wersja z mango, mimo, że nie była według producenta typowo nawilżająca. W wypadku bananowej zauważyłam, że kolory został nieco wyrównany, a skóra była gładka i promienna. Całość wyszła nieco słabo moim zdaniem.

MOHITO DESPACITO - BĄBELKUJĄCA MASECZKA ODŚWIEŻAJĄCA
Na sam koniec zostawiłam maseczkę o zapachu mohito, jako że nigdy nie byłam wielką fanką cytrusowych woni. Tutaj jednak zapach jest całkiem nieźle odwzorowany, nie jest co prawda zbyt mocny, ale czuć limonkę z dodatkiem mięty. Jeśli chodzi o działanie to cera po użyciu była przyjemnie odświeżona, miękka i delikatnie nawilżona. Dało się też zauważyć rozświetlenie i wyrównanie kolorytu, chociaż znowu.. efekt utrzymywał się krótko.

Podsumowując.. Maski z Bielendy przyniosły mi sporo zabawy i na prawno były fajnym dopełnieniem domowego spa :) Dodatkowo ich działanie było zauważalne - w jednych mniej, drugich bardziej, ale było ono widoczne. Najlepsza pod względem zapachu i działania była niezaprzeczalnie wersja z mango! Na drugim i trzecim miejscu ulokowałabym wersję z Mohito i jagodami acai. Miałam do nich jakieś zastrzeżenia, ale ogólnie były spoko :D Najmniej spodobała mi się wersja bananowa, która nie nawilżała jakoś szczególnie, a dodatkowo rozczarowała mnie pod względem zapachu. 
Myślę, że warto wypróbować te maseczki, ale w cenach promocyjnych. Bowiem regularna cena ok. 7 zdecydowanie nie zachęca. Ja kupiłam  je za bodajże niecałe 5 zł i taka cena jest już dla mnie do przeżycia :) Znajdziecie je w Rossmannie, hebe i drogeriach internetowych - z dostępnością nie ma większego problemu.

Znacie te maski? Jak u Was się sprawdziły? Znacie może podobne maseczki innych firm? :)
Czytaj dalej

Nawilżający, różany krem do twarzy na dzień i na noc od Bielenda.


Jeśli jesteście ze mną dłużej doskonale wiecie, że Bielenda jest jedną z moich ulubionych marek kosmetycznych. Znalazłam sporo ulubieńców wśród kosmetyków tej firmy, szczególnie jeśli chodzi o pielęgnacje twarzy. Wiosną skusiłam się na nawilżający krem do twarzy z serii różanej, której wcześniej nie miałam okazji poznać. Jest on głównie przeznaczony do cery wrażliwej według producenta, ale postanowiłam sprawdzić jak sprawdzi się na mojej problematycznej cerze mieszanej :) Jeśli jesteście ciekawe czy zadowolił mnie pod względem nawilżenia zapraszam do czytania.
Krem kupujemy w kartoniku na którym znajdują się wszystkie niezbędne informacje typu skład czy obietnice producenta. Właściwe opakowanie to szklany słoiczek o pojemności 50 ml. Standardowo po kupnie był on dodatkowo zabezpieczony sreberkiem. Całość jest utrzymana w biało - różowej kolorystyce, podobnie jak cała różana seria :)
Jeśli chodzi o zapach to jest on.. różany :D Woń jest delikatna i przyjemna dla nosa - myślę, że nawet osobom nie przepadające za różą w kosmetykach nie będzie przeszkadzał. Konsystencja jest kremowo - żelowa, niezwykle lekka i bardzo podobna do tej w serii z zieloną herbatą. Nie ma najmniejszych problemów z aplikacją produktu, która należy do niezwykle przyjemnych. Muszę przyznać, że tego typu konsystencje są moimi ulubionymi przez większą część roku, za wyjątkiem zimy :)
Krem według producenta jest przeznaczony na dzień i na noc, sama też tak też go stosowałam. Rano w cienkiej warstwie, kiedy wchłaniał się dość szybko. Jako baza sprawdzał się nieźle, podkład nie rolował się na nim, ani też nie tracił na trwałości. Znacznie częściej jednak lądował na mojej twarzy na noc - wtedy lubiłam nałożyć sobie jego grubszą warstwę. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o nawilżenie to było ono na dobrym poziomie. Nie jest to co prawda krem który zapewni skórze natychmiastowe nawilżenie, wymaga raczej regularnego stosowania i wtedy przynosi fajne efekty. Cera jest miękka, gładka i przyjemnie ukojona. Podczas stosowania nie zdarzyło się, żeby zapchał mi skórę, czy spowodował wysyp niedoskonałości :)
Różany krem Bielenda to kolejny dobry produkt marki :) Dla mnie jest idealny na lato, czy jesień - wtedy jest w stanie zaspokoić potrzeby mojej cery co do jej nawilżenia. Na lato wolę coś dodatkowo lekko matującego, a na zimę bardziej treściwego. Cena kremu wynosi ok. 17-20 zł, sama jednak kupiłam go na promocji w naturze za ok. 15 zł. 
Znacie ten produkt? Jak u Was się sprawdził?
Jakie kremy do twarzy możecie mi polecić?
Czytaj dalej

Denko - marzec, kwiecień.


W pierwszym poście w maju przychodzę do Was z postem dotyczącym moich zużyć ostatnich dwóch miesięcy. Jak wiecie bardzo lubię te wpisy przygotowywać i czytać u innych - moim zdaniem są świetną okazją na poznanie opinii na temat danego produktu :) Tym razem uzbierała się u mnie pokaźna gromadka, w tym sporo kolorówki, więc bez zbędnego przedłużania zapraszam do czytania.
Standardowo jeśli na blogu pojawiła się recenzja na temat danego produktu to zostanie ona podlinkowana przy opisie danego kosmetyku. Dla przypomnienia:  
✘ - nie kupię ponownie, 
✔ - kupię ponownie,
~ - nie wiem czy kupię ponownie.
✘ Ziaja, Kremowe mydło z Kaszmirem
Używałam go pod prysznicem jak zwykłego żelu, sprawdzał się całkiem przyzowicie - dobrze się pienił i oczyszczał. Jednak zapach nie do końca mi spodobał, był dość zwyczajny - trochę kremowy, trochę jakby perfumowany.. Bardziej na zimniejsze miesiące.
✔ Fa, żel pod prysznic - woda kokosowa
Jeden z moich ulubionych żeli! Ma przepiękny wakacyjny zapach, zawsze z przyjemnością do niego wracam :)
Produkt o świetny owocowym zapachu, który jest największą zaletą tego produktu. Działanie moim zdaniem jednak jest nieco za słabe, wolę mocniejsze zdzieraki.
Masło o przyjemnej konsystencji, całkiem przyjemnym działaniu, ale nieco chemicznym zapachu. Był on bardzo słodki, na dłuższą metę nieco męczący. Zresztą już przy okazji nowości wspominałam, że głównym powodem kupna było u mnie ciekawe opakowanie :D
~ Adidas, dezodorant
Całkiem przyjemny produkt, nieźle radził sobie z ochroną w ciągu dnia, ale gdy się skończył trochę się ucieszyłam. Chyba głównie ze względu na zapach, który bywał męczący.
✘ Balea, mgiełka arbuzowa
Mimo, że arbuzowe wonie lubię tutaj była ona dość słabo wyczuwalna. Jest to raczej produkt a'la woda arbuzowa (którą także miałam). Nie utrzymuje się ani na ubraniach, ani tym bardziej na ciele. Była ze mną już dłuuugo, więc połowę bez żalu wylałam go umywalki. 
 ✔ Bielenda, płyn micelarny Expert Czystej Skóry
Mój zdecydowany numer 1 jeśli chodzi o demakijaż. Ogólnie bardzo lubię płyny micelarne tej firmy, ale z tą wersją szczególnie się lubię :) Dobrze zmywa makijaż, nie podrażnia oczu i ma bardzo przyjemną cenę na tak dużą pojemność.
✔ Vianek, tonik łagodzący
Bardzo udany produkt! Łagodził podrażnienia, odświeżał i delikatnie nawilżał. Działanie było zdecydowanie zauważalne, chociaż zapach nie do końca mi w nim podszedł. Był dość dobrze wyczuwalny i mimo, że róża jakoś nie przeszkadza mi szczególnie w kosmetykach to tutaj była taka trochę 'babcina'..
Kolejny hit od Bielendy, bez którego nie wyobrażam sobie już mojej pielęgnacji. Sięgam po niego zawsze przy gorszych dniach mojej cery i nigdy mnie nie zawodzi! ♥
Nie polubiłam się z nim - głównie przez chemiczny zapach i warstwę jaką zostawiał na skórze. Działaniem też mnie nie zachwycił, zwłaszcza za tak wysoką cenę (30-40 zł). 
Wiem, że wiele osób go wręcz uwielbia, ale u mnie szału nie było. Potrafił mnie wręcz zapychać, ze względu na swoją bogatą konsystencję. Nie odpowiadał mi też zapach koktajlu, który był mega słodki.
Kolejny w tym denku mój hit, bowiem to jedna z moich ulubionych masek oczyszczających. Jest bardzo tania, a super radzi sobie z oczyszczeniem i zmatowieniem cery. Zawsze chętnie do niej wracam :)
Ten produkt określiłabym jako typowego przeciętniaka - nie jest źle, bo całkiem nieźle peelinguje twarz, która po jego użyciu jest gładka. Ale jednak czegoś brakuje, chociażby uczucia takiej świeżości i oczyszczenia. Ucieszyłam się kiedy się skończył, więc do niego nie wrócę.
✔ Evree, krem do rąk
Kremy do rąk tej firmy to zdecydowanie moi ulubieńcy, więc i ta wersja mnie nie zawiodła. Dobrze nawilżała dłonie, nie zostawiała lepkiej warstwy i miała całkiem przyjemny zapach.
Myślę, że nie przesadzę mówiąc, że to jeden z najlepszych szamponów jakie używałam. Dobrze oczyszcza włosy, dodaje im objętości, ma naturalny skład i świetny zapach :)
✘ Marion, serum wygładzające włosy
Kosmetyk z grupy tych 'zużyć zużyłam, ale powrotów nie planuję'. Nie używam za bardzo tego typu produktów, a i jakiegoś działania szczególnego nie widziałam oprócz ułatwienia rozczesywania włosów.

Kolejny bardzo fajny produkt, który pojawił się nawet w ulubieńcach. Lubiłam jego przyjemną konsystencję i nawilżenie jaki dawał. Co prawda nie zdążyłam go zużyć do końca, a w marcu upłyną jego termin ważności, więc wtedy wylądował w koszu. Ale to tylko dlatego, że nie jestem zbyt regularna jeśli chodzi o nawilżenie ust, co staram się wciąż zmienić! Sam produkt zdecydowanie zasługuje na uwagę. 
Przyjemny produkt o ciekawym miętowym zapachu, ładnie prezentował się na twarzy i nie bielił. Jednak mam małe zastrzerzenia co do jego trwałości, która mogłaby być nieco dłuższa. Na zimniejsze pory roku jest okej, na lato może być za słaby ;)
Dla mnie był okropnym bublem! Znowu wiem, że jest uwielbiany przez wiele osób, ale mi wcale się nie spodobał. Ciemniał, zmieniając się w lekko pomarańczowy, nie lubiłam też jego konsystencji, ani opakowania.
✘ Gąbka do makijażu z natury
Użyłam jej dosłownie kilka razy, więcej nie miałam siły się z nią męczyć - była bardzo twarda i wcale nie wzrastała po namoczeniu wodą, w sumie to wcale jej nie pochłaniała ;D 
Bardzo dobra odżywka - paznokcie po jej użyciu były mocne, mniej się rozdwajały i mam wrażenie, że rzeczywiście szybciej rosły. Na pewno do niej wrócę :)
Używałam tylko jednego - ciemniejszego cienia, który bardzo fajnie się sprawdzał. Ładnie i naturalnie podkreślał brwi i ogólnie dobrze mi się z nim współpracowało.
~ Lovely, konturówka do ust Perfect Line 
Używałam jej na całe usta, jak pomadki i bardzo ją lubiłam. Miała ładny kolor brudnego różu, idealny na codzień :)
✔ Lovely, tusz Pump Up
Kultowa maskara, do której sama często wracam. Teraz może odrobinę mi się znudził, ale ogólnie jest tani i daje ładny efekt - wydłużonych i rozdzielonych rzęs. 
✔ Bebeauty, duże płatki do demakijażu
Ulubione, które kupuję praktycznie zawsze :) 
 Udało mi się też zużyć sporo maseczek w saszetkach, kupionych na promocjach w Lidlu i tych z Bielendy. Na uwagę zdecydowanie zasługują maski Cien z serii food for skin, które bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły swoim mocnym oczyszczeniem. Na promocji warto też polować na chmurki Bielendy. Maseczki Cien były przyjemne, aczkolwiek nie szałowe. Podobnie Smoothie mask oraz maseczki z serii Black Sugar Detox i Manuka Honey.

Znacie któryś z tych produktów? Jak u Was się sprawdził?
Czytaj dalej

Etykiety

4 pory roku AA Alterra alverde anatomicals avon Balea Balmi balsam do ciała balsam do ust Barwa bebeauty bell Bi-es Bielenda Biolove buna catrice celia ciało cienie do brwi delia denko Dermedic dermena dm Dr.Konopka's ecocera efektima elfa-pharm eos essence Eveline Evree Fa Farmona film Flormar Garnier gliss kur Golden Rose Green Pharmacy hean Himalaya hity roku Holika holika Ingrid Isana Jantar Joanna Kallos kobo kolastyna kolorówka korektor pod oczy kosmetyczne premiery kosmetyczni ulubieńcy krem bb krem cc krem do rąk krem do twarzy krem pod oczy książki kulturalne podsumowanie roku L'biotica La Rive lakier do paznokci lemax lifestyle Lirene liście manuka Loreal lovely Luksja Makeup Revolution makijaż Marion mariza maseczka do twarzy maseczki w płachcie maska/odżywka do włosów masło do ciała Maxfactor Maybelline mini recenzje miss sporty Miya miyo mus do ciała muzyka my secret mydło do ciała i włosów Nacomi naklejki wodne Natura Estonica naturalnie Neutrogena niekosmetyczni ulubieńcy nivea nowości oceania odżywka do paznokci Oillan olej do włosów olejek do twarzy Organic shop Organique organizacja oriflame Originals Palmolive paznokcie peeling peeling do rąk peeling do skóry głowy peeling do twarzy perfecta Petal Fresh pianka do twarzy pianka pod prysznic pielegnacja pielęgnacja pielęgnacja twarzy planet spa płyn micelarny podkład podróże pomadka promocja na kolorówkę w Rossmannie promocja na pielęgnacje twarzy w Rossmannie prywatnie Przegląd kulturalny przegląd marki puder Rimmel Rival de Loop rosyjskie kosmetyki bani agafii Sally Hansen Seche Vite selfie project serial serum skarpetki złuszczające soraya Stara Mydlarnia Sylveco szampon tag tanie kosmetyki Tatry tołpa tonik top coat treaclemoon Tutti Frutti twarz Ulubione blogi usta Venus Vianek Vipera wcierka wibo wieczorna pielęgnacja wishlista włosy wygląd bloga wyjazdowa kosmetyczka wzorki na paznokciach Yves Rocher zagraniczne kosmetyki ziaja żel aloesowy żel do brwi żel pod prysznic
me & my passions © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka