Puszyste pianki w pielęgnacji ciała? - Balsam i krem w piance Balea.


Jakiś czas temu na rynku kosmetycznym pojawiły kosmetyki pielęgnacyjne w formie pianki. Wydaje mi się, że rozpoczęło się od balsamów do ciała w takiej leciutkiej formie. Sama zachęcona ciekawą konsystencją miałam ochotę przetestować któryś z takich kosmetyków. Nieco później uśmiechnęło się do mnie szczęście i w rozdaniu u Natalii udało mi się wygrać m.in. balsam i krem w piance. Początkowo byłam przekonana, że będą to podobne produkty - o bardzo zbliżonym działaniu, a jednak znalazłam w nich kilka różnic. Już teraz zdradzę, że jeden z tych kosmetyków sprawdził się całkiem dobrze, a drugi.. już mniej. Jeśli jesteście ciekawe, który to który to zapraszam do czytania! :)
Oba kosmetyki zamknięte są w metalowych opakowaniach ze słodkim i uroczym wyglądem! Jest on idealnie dopasowany do zapachu danego kosmetyku, o którym nieco później. Pojemność balsamu to 200 ml, kremu jest o połowę mniejsza i wynosi 100 ml. Każdy kosmetyków jest na prawdę wydajny, wydaje mi się, że starczyły na znacznie dłużej niż podobne produkty w 'zwyczajnej' formie ;)
Jeśli chodzi o aplikatory to tutaj mamy pierwszą różnicę. Krem ma podobny 'podajnik' jak w bitej śmietanie, za to w balsamie bardziej zbliżony jest do tego w piankach do golenia. Oba na szczęście nie sprawiają problemów.
 Jeśli chodzi o konsystencję to tutaj mamy kolejną różnicę. W balsamie podczas kilkunastu dobrych aplikacji z opakowania wydostawała się delikatna chmurka, która 'musując' szybko zmieniała się w coś a'la olejek. Żałuję, że nie zrobiłam wcześniej zdjęć, żeby uwiecznić co mam na myśli :D Później - po kilkunastu użyciach konsystencja się zmieniła, stając się puszystą pianką, co widzicie na zdjęciu wyżej. Z kolei w kremie do rąk pianka od początku była pianką :D Powiedziałabym, że była bardziej zbita i treściwa od tej w balsamie.
Opis działania zacznę od zapachu i na pierwszy ogień pójdzie balsam do ciała, który już zdążyłam zużyć. W tym produkcie zapach był rzeczą, która najbardziej mnie zachwyciła! Nie był przesadnie mdły, ale taki słodko - kwaśny, nieco cierpki. Bardziej od babeczki z porzeczką przypomniał mi malinową mambę :) Podczas aplikacji był na prawdę mocno wyczuwalny i mogę nawet przyznać, że całkiem nieźle utrzymywał się na piżamie, czy ciele. W tej serii występują jeszcze dwa inne słodkie zapachy - lody waniliowo-pomarańczowe i truskawkowy sernik. Oba poznałam w piankach pod prysznic i ten wariant zdecydowanie jak dla mnie wygrywa!
Czytając opinie na temat balsamu przed jego używaniem zauważyłam, że kilka osób narzekało na długość jego wchłaniania i tłusty film. Byłam więc nieco uprzedzona co do tego, ale u mnie na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Owszem pianka zostawia na ciele delikatną warstewkę, ale nie wchłania się ona przesadnie długo - raczej standardowo. Mi zupełnie nie przeszkadzała, a uwierzcie, że jej nie lubię i zawsze zwracam na to uwagę, także na prawdę nie było źle. Co do działania to skóra po aplikacji była wygładzona i przyzwoicie nawilżona. Na 3 miejscu w składzie jest sok z aloesu, więc on pewnie zapewnił takie działanie. Wiadomo - szału nie ma, ale jak dla mnie na lato taka dawka była wystarczająca. Na zimę za pewne nie dałby rady, czy przy wymagającej skórze. Ale jeśli nie macie problemów z wysuszeniami to balsam w piance może być fajną odskocznią :)
Przechodząc do kremu do rąk tutaj także mamy słodki zapach. Cake pop to po prostu lizaki z ciastek w polewie. Tym razem jednak woń jest zdecydowanie bardziej słodka, ale z drugiej strony zdecydowanie mniej wyczuwalna. Dodatkowo przy aplikacji mam wrażenie, że nieco zalatuje alkoholem. W ofercie Balea dostępna jest też druga wersja kremu w piance o zapachu malinowych ciastek.
Działanie kremu, porównując je do tego w balsamie jest zdecydowanie gorsze. Sok z aloesu także znajduje się w składzie, ale już nieco dalej - bliżej połowy. Po aplikacji czuć przede wszystkim niezwykłą gładkość skóry na dłoniach. Początkowo byłam wręcz zachwycona takim efektem, ale jest to działanie raczej pozorne, bo oprócz gładkości o zbytnim nawilżeniu nie ma mowy. Przynajmniej teraz gdy temperatury już nieco spadły i moje dłonie stały się bardziej wymagające. Pojawiły się przesuszenia i jakieś drobne ranki z czym pianka nie dała sobie rady i musiałam wspomagać się innymi produktami. W lecie, gdy skóra na dłoniach nie była zbytnio wysuszona dawał radę utrzymywać dłonie w dobrej kondycji. Także myślę, że u osób, które nie mają problemów z suchą skórą krem może dać radę. Jeśli szukacie czegoś odżywczego to produkt nie jest dla Was.. Dodam jeszcze na koniec, że nie należy przesadzać z ilością kremu-pianki, bo przy większej ilości długo się wchłaniał i zostawiał tłustawą warstewkę na dłoniach.
Zarówno krem jak i balsam w piance znajdziecie w zagranicznych drogeriach DM. W Polsce można ich szukać w sklepach internetowych i stacjonarnie w sklepach z chemią niemiecką. Nie wiem jak z dostępnością produktów w sprzedaży, jako że pochodziły z edycji limitowanych. Ale piankę pod prysznic z tej samej serii co i balsam miałam rok temu i teraz nadal była do zdobycia. Także jest szansa.. :)

Znacie te produkty? Może używałyście kosmetyków o podobnej konsystencji innych firm?
Czytaj dalej

Maseczkowe szoty, czyli maseczki w kapsułkach od Marion - wersja: rozświetlająca, odżywcza i wygładzająca.


Jakiś czas temu na rynku kosmetycznym pojawiły się maseczki do twarzy w formie kapsułek firmy Marion. Od razu zainteresowały mnie one swoim wyglądem i jak na typową maseczkomaniaczkę przystało od razu włączyło mi się 'chciejstwo'. Dzięki Korneli mogłam wypróbować 3 z 6 dostępnych wersji i dzisiaj opiszę krótko każdą z nich :)
Zanim zacznę opisywać działanie każdej z osobna, zacznę od kwestii wspólnych. Każda z nich znajduje się jak wspomniałam w opakowaniu w formie kapsułek, podobnych tych do kawy, czy też do mini opakowań dżemów/miodów :D Jest to na pewno coś nowego, co rzuca się w oczy, więc tutaj duży plus za sam wygląd. Design każdej z nich jest idealnie dopasowany do zawartości. Pojemność kapsułki to 10 ml - więc całkiem sporo, sama używałam ich 'na dwa razy' :) Składy masek na pewno nie powalają naturalnością i kupując maski należy się liczyć z typowo drogeryjnymi składami.

Wersje jakie posiadam to:
  • WYGŁADZAJĄCA - kwas hialuronowy i algi 
Swoją przygodę z tymi maseczkami rozpoczęłam od niebieskiej wersji, gdyż ta ciekawiła mnie najbardziej. Niebieskie opakowanie i rzekoma obecność alg sprawiła, że liczyłam na przyjemny, letni morski zapach. Niestety nieco się przeliczyłam, bo był on dość alkoholowy i bardziej perfumowany niż taki na jaki liczyłam. Mógłby być milszy, ale nie ma tragedii :D Konsystencja była przyjemna i żelowa - bez problemu się nakładała. Jednak od razu po nałożeniu przy obydwóch użyciach maska spowodowała dość konkretne pieczenie. Jednak nie zrażając się trzymałam ją na buzi i po chwil ono zniknęło. Na całe szczęście mnie nie podrażniła, ani nie spowodowała wysypu niedoskonałości. Cera po zmyciu maski (tak, wciąż nie jestem przekonana do tych niezmywalnych :D) była rzeczywiście przyjemnie wygładzona, odrobinę nawilżona i przede wszystkim jakby rozświetlona, co szczególnie mi się spodobało :)

  • ODŻYWCZA - miód i skórka cytryny

Kolejną wersją jaką wypróbowałam była odżywcza, która podobnie jak i poprzedniczka miała przyjemną żelową konsystencję :) Zapach może i przypominał miód, ale był nieco sztuczny. Po nałożeniu w przypadku tej maski szczypanie było dużo łagodniejsze i raczej krótkotrwałe. Skóra po użyciu była przede wszystkim miękka i gładka. Można powiedzieć, że nawet delikatnie nawilżona i odżywiona - jednak był to efekt raczej krótkotrwały i niezbyt spektakularny. Ogólnie była taka nijaka - ani nie szałowa, ani nie wyrządziła mi krzywdy.

  •  ROZŚWIETLAJĄCA - złota glinka i masło shea

Ostatnia z maseczek - wersja rozświetlająca już nieco różniła się od pozostałych dwóch maseczek opisanych wyżej. Zaczynając od konsystencji - nie była ona typowo żelowa jak w pozostałych, ale bardziej kremowa o brązowo - pomarańczowym zabawieniu. Przed otwarciem myślałam, że można spodziewać się w niej drobinek rozświetlających, ale takowych nie było. Zapach był śliczny! W przeciwieństwie do powyższej dwójki tutaj nie mam się czego przyczepić, bo był bardzo ładny i zarazem bardzo specyficzny. Zupełnie nie wiem do czego go przyrównać.. :D Początkowo czułam w nim jakiś syrop dla dzieci, a ostatecznie zakwalifikowałabym go do takich owocowo - kwiatowych zapachów. Kolejna różnica to to, że maskę rozświetlającą zmywamy w przeciwieństwie do dwóch pozostałych (chociaż ja także i je zmywałam :P). Po pierwszym użyciu zauważyłam, że podobnie jak w pozostałych dwóch wersjach tak i teraz cera była wygładzona i mięciutka. Jednak kolejnego dnia wieczorem zauważyłam, że moja twarz woła wręcz o dawkę nawilżenia - zauważyłam sporo suchych skórek. Za drugim razem już nie zauważyłam barku nawilżenia, ale efekty były podobne - cera zyskała na gładkości i była nieco uspokojona :) Rozświetlenia specjalnie nie odnotowałam.

Podsumowując bardzo się cieszę, że miałam okazję wypróbować te maseczki, bo ich używanie sprawiło mi sporo radości. Świetny pomysł także z oryginalnymi opakowaniami - za to należy się na prawdę duży plus! Żadna z masek nie wyrządziła mi krzywdy i w sumie każda była bardziej lub mniej przyjemna. Najlepiej wspominam wersję wygładzającą, później rozświetlającą, a na końcu odżywczą. Na pewno będę chciała wypróbować też pozostałe 3 wersje, czyli złuszczającą, liftingującą i wzmacniającą. Jeśli tylko zobaczę je gdzieś stacjonarnie to na pewno wpadną do mojego koszyka i zrobię z nimi podobne zestawienie ;) Póki co widziałam je w sklepach internetowych - na ezebra kosztują 4 zł za sztukę, więc całkiem nieźle. 

Miałyście okazję wypróbować już te maseczki? Jak się u Was sprawdziły?
Czytaj dalej

Oczyszczający scrub do ciała od Banii agafii - kosmetyk o działaniu rozgrzewającym?


Kosmetyki Banii agafii należą do najpopularniejszych rosyjskich kosmetyków, czy nawet ogólnie tańszych kosmetyków naturalnych. Sama miałam ich całkiem sporo - głównie były to maseczki do twarzy do których często wracam, ale pojawiły się także i maski/odżywki do włosów oraz szampony. Jeśli chodzi o peelingi to od jakiegoś czasu już miałam ochotę wypróbować te do twarzy, czy do ciała. Nie tak dawno nadarzyła się właśnie okazja używania mojego pierwszego peelingu do ciała tej marki. O tym jak się u mnie sprawdził przeczytacie w dzisiejszym wpisie.
Opakowanie jest niemal identyczne jak we wszystkich kosmetykach Banii. Peeling jest zamknięty bowiem w saszetce o pojemności 100 ml. Taka pojemność będzie idealna na wszelkie wyjazdy, kiedy nie chcemy zabierać dużych opakowań kosmetyków. Wygląd jest także przyjemny dla oka - kojarzy się z naturalnymi składnikami.
Zapach kosmetyku jest mocno specyficzny i jak dla mnie niestety niezbyt przyjemny. Mi osobiście kojarzy się z... poczekalnią do dentysty. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale takie właśnie było moje pierwsze skojarzenie :D
Peeling ma konsystencję gęstej zielonej mazi w której zatopionych jest sporo większych - czarnych i mniejszych - białych 'farfocli'. Te drugie swoją drogą zauważyłam dopiero w momencie robienia zdjęć. Szczerze powiedziawszy nie do końca rozumiem zamysł producenta co do takich dodatków, bo nie zdzierają one kompletnie. Jakiś walorów estetycznych też raczej nie dodają produktowi. Na szczęście są na tyle małe, że nie musimy obawiać się zatkania odpływu wanny. Oprócz tego są też maleńkie kryształki zdzierające, ale jest ich na prawdę niewiele, że bardziej miziają skórę niż ją peelingują.
Fanki mocnych zdzieraków na pewno nie będą zadowolone poziomem usuwania martwego naskórka. 
Jeśli chodzi o działanie rozgrzewające, bo oprócz oczyszczenia producent wspomina i o takim działaniu peelingu to początkowo nieco się go obawiałam. W końcu zaczęłam używać peelingu pod koniec sierpnia/na początku września, a wtedy można było liczyć jeszcze na wysokie temperatury. Szybko jednak się okazało, że wcale takiego działania nie czuć - kompletnie nic. Także jeśli ktoś kupiłby peeling z myślą o rozgrzewającym działaniu to myślę, że mógłby się czuć dość mocno rozczarowany.
Jedną z niewielu (jeśli nie jedyną) zalet produktu jest to, że po użyciu zostawia on przyjemną warstewkę. Skóra wydaje się być delikatnie nawilżona - zapewne dzięki zawartości olejów, że można by się pokusić o darowanie sobie balsamowania :)
Sama akurat peeling dostałam, ale myślę, że ceny podobnie jak i innych saszetkowych produktów marki nie przekraczają 10 zł. Dostępne będą na pewno w sklepach internetowych mających w ofercie naturalne kosmetyki i w stacjonarnych z podobną ofertą ;)

Używałyście peelingów Banii Agafii? Jeśli tak jak u Was się sprawdziły?
Czytaj dalej

Paznokciowe niezbędniki - efekt hybrydy przy tradycyjnych lakierach i sposób na mocne paznokcie. Odżywka Sally Hansen i pojedynek kultowych wysuszaczy.


Za kilka dni w Rossmannie rozpocznie się promocja na kolorówkę, oprócz kosmetyków do makijażu będziemy mogły na niej upolować także taniej produkty do paznokci. Ostatnio paznokciowe posty nie pojawiają się zbytnio na moim blogu, co nie znaczy, że już ich nie maluję :D Wciąż maluję paznokcie tradycyjnymi lakierami, a mani pokazuję najczęściej na swoim instagramie. Dzisiaj jednak nie będzie o samych lakierach, ale o innych preparatach, bez których już nie wyobrażam sobie malowania paznokci. Być może skuszę Was na kupno któregoś z nich :)
Mowa o kultowej i myślę bardzo znanej odżywce od Sally Hansen - Maximum growth i dwóch wysuszaczach jakich ostatnio używałam. O Insta dri już Wam wspominałam w kilku postach, dzisiaj jednak porównam go z równie kultowym Seche Vite. Jeśli jesteście ciekawe który wysuszacz sprawdza się lepiej i jak sprawdza się odżywka to zapraszam do czytania! :) Będzie dużo zdjęć, ale z nieco innych światów - początkowo planowałam bowiem oddzielne recenzje.
Na pierwszy rzut wybrałam odżywkę do paznokci MAXIMUM GROWTH. Przed jej kupnem czytałam wiele pozytywnych opinii na jej temat. Jej głównym zadaniem miał być wzmocnienie paznokcia i przyśpieszenie jego wzrostu. Mi zależało bardziej na pierwszej obietnicy, bo paznokcie często się rozdwajały, a zdarzało się też i ich złamanie, najczęściej kiedy nie były pomalowane.
Opakowanie to szklana - płaska buteleczka o pojemności 13,3 ml. Muszę przyznać, że jest to dość spora pojemności, przy każdorazowym nakładaniu jej jako bazy pod lakier po roku używania zużyłam mniej więcej połowę. Co ważne mimo upływu czasu nie straciła na swojej konsystencji - nadal jest niemal tak samo rzadka, co umożliwia to bezproblemowe pokrycie płytki.
Jeśli chodzi o działanie to paznokcie zdecydowanie po jej użyciu stały się mocniejsze. Płytka paznokcia przestała się rozdwajać, z czym wcześniej miałam kłopot. Do tego stała się twardsza - często dostawałam nawet komplementy na ten temat. Nie pamiętam też kiedy złamały się mi ostatnio paznokcie także jeśli macie problem z osłabioną płytką to zdecydowanie warto wypróbować tą odżywkę! :) Co do szybszego wzrostu to tutaj nie do końca mogę się do tego odnieść, bo moje paznokcie same w sobie wydaje mi się, że dość szybko rosną. Ale po tygodniu noszenia jednego koloru widać już konkretniejszy odrost. Kolejny plus odżywki to brak formaldehydu w składzie!
Czas na kolejne produkty czyli dwa dobrze znane chociażby ze słyszenia wszystkim top coat'y. Sama zużyłam już dwie butelki Insta dri - Sally Hansen, a aktualnie już od nieco ponad roku używam Seche Vite.
Opakowanie SV to okrągła buteleczka o pojemności 14 ml. Top od SH z kolei znajduje się podobnie jak i odżywka w płaskiej buteleczce, a pojemność to 13,3 ml. Pojemności są więc do siebie zbliżone. Oba wysuszacze kupujemy zapakowane w papierowe kartoniki, mi zachował się tylko jednego produktu, więc musicie mi wybaczyć brak drugiego.
Działanie obu produktów w głównej mierze ma polegać na utwardzeniu lakieru, nadaniu mu połysku i szybkiemu wysuszeniu. Oba produkty mają podobne pędzelki i początkowo podobną rzadką konsystencję. Jednak wraz z upływem czasu Insta dri zaczyna być gęściejszy i po roku już przestaje być zdatny do użycia. Pojawiają się w nim też bąbelki (chociaż zastanawiałam się czy to też nie wina temperatur, bo zazwyczaj wymieniałam je latem, bo wtedy też się kończył), co nie ma miejsca w wypadku Seche Vite. Mam go już na pewno rok, a jego konsystencja jest praktycznie identyczna jak na początku.
Oba produkty łączy to, że spełniają swoje zadania - oba dają na paznokciach 'efekt hybrydy'. Bardzo często jestem pytana czy zaczęłam robić hybrydy itp, więc na prawdę mają moc! :D Oprócz nabłyszczenia paznokcie wytrzymują spokojnie tydzień. Czasami najwyżej ścierają się końcówki, ale to też zależy od zastosowanego lakieru. Oba też szybko radzą sobie z wysuszeniem lakieru - już po kilku minutach można wrócić do wykonywanych czynności. Główna różnica polega tylko na tym, że Insta dri trzeba szybciej wymienić, a Seche Vite dłużej jest zdatny do użycia. 
Po przekroczeniu 'czasu zdatności do użycia' topu od SH staje się on mniej trwały. Czytałam wypowiedzi dziewczyn, że po jakimś czasie lakier zaczynał odchodzić płatami gdy stosowały Insta dri. Wtedy uświadomiłam sobie, że rzeczywiście po kilkunastu miesiącach użytkowania czasami zdarzało się, że lakier nieestetycznie 'pękał' odchodząc od płytki. Najczęściej miało to miejsce po myciu naczyń, kontakcie z wodą czy ogólnie jakieś pracy działkowej. Sama wtedy myślałam, że wina leży po stronie lakieru, ale rzeczywiście mogło chodzić o wysuszacz insta dri.
Tak więc więcej minusów znajduję zdecydowanie w produkcie od Sally Hansen, ale pojawiają się one dopiero po dłuższym używaniu. Sama po tym czasie i tak praktycznie go już kończyłam (co widzicie po praktycznie pustej buteleczce), więc i tak wymagał wymiany. Także nie uważam, żeby to był zły produkt - zresztą długo był moim ulubieńcem i pewnie gdybym nie poznała Seche Vite to nadal by nim był :) 
Oba produkty Sally Hansen są warte uwagi podczas promocji w Rossmannie. Zwłaszcza, że będzie można je kupić sporo taniej :) 
Cena odżywki Maximum Growth regularna: 15,99zł --> po promocji: ok. 7,20 zł
Cena top coatu Insta dri regularna: 21,99 zł --> po promocji: ok. 9,90 zł
Jeśli jednak szukacie top coatu, który wystarczy Wam na dłużej to wtedy warto zainwestować w Seche Vite. Ten produkt nie jest dostępny w Rossmannie, ale znajdziecie go w Hebe, czy Super Pharm. Cena to ok. 13 zł - według stony Super Pharm, ja pamiętam, że kupowałam go rok temu na Allegro za 16,50 zł.

Znacie te produkty? Jak się u Was sprawdziły?
Jakich odżywek do paznokci używacie i wysuszaczy - jeśli używacie tradycyjnych lakierów? :)
Czytaj dalej

Wcierka Jantar - efekty po ponad miesiącu stosowania.


Dzisiaj recenzja kultowego wręcz produktu, czyli odżywki Jantar. Sama wiele o niej słyszałam i długo nosiłam się z zamiarem jej kupna. Odstraszała mnie jedynie niewygodna szklana butelka i obawiałam się także, że nie będę zbyt systematyczna w jej stosowaniu przez mój słomiany zapał. Jednak po zmianie opakowania wpadła w moje ręce i ku mojemu zaskoczeniu udało mi się używać jej w miarę systematycznie przez nieco ponad miesiąc. Dzisiaj więc opiszę Wam efekty po zużyciu butelki wcierki, czyli właśnie po ponad miesiącu stosowania.
Zmienione opakowanie to plastikowa butelka z atomizerem, który ogromnie ułatwia aplikację! Wcześniej wcierka znajdowała się w szklanej buteleczce, która nie była zbyt wygodna. Trzeba było kombinować, a teraz można bezpośrednio rozpylić ją na skalp. Zmiana opakowania więc jak najbardziej na plus!
Kupując odżywkę - wcierkę obawiałam się nieco jej zapachu, jak się jednak okazało nie potrzebnie. Jest on bowiem całkiem przyjemny - świeży, nie nachalny i przypomina nieco męskie perfumy. Konsystencja wiadomo - jest wodnista i myślę, że tutaj nie ma co się rozpisywać.
Producent obiecuje głównie efekty w postaci redukcji wypadania czy pojawienia się tak zwanych 'baby hair'. Często też czytałam o tym, że wydłuża ona 'świeżość' włosów, więc zapowiadało się idealnie jak dla moich ostatnio kapryśnych włosów :D
Zacznę od tego, że wcierkę stosowałam przez niewiele ponad miesiąc (na tyle pozwoliła mi wydajność jednej butelki) praktycznie codziennie po umyciu włosów. Czyli dokładnie tak jak zaleca producent. Wiem, że poprzednią wersję należało spłukiwać, ale tutaj nie jest to wymagane. Zdarzyło się co prawda, że kilka razy zwyczajnie mi się nie chciało, czy zapomniałam nawet jej użyć, ale byłam raczej regularna, więc efekty jakieś tam powinny być. Czy były i co zaobserwowałam w czasie stosowania? Przede wszystkim pojawiło się na prawdę sporo małych włosków, momentami irytujących, kiedy sterczą we wszystkie strony :D Ale na prawdę ucieszyłam się z tego, że się pojawiły i to w nie małej ilości. Miałam też wrażenie, że włosy szybciej rosną. Za to nie zauważyłam, żeby wcierka ograniczyła ich wypadanie, bo tracę podobną ilość włosów - niestety. Więc w tej (w sumie głównej) roli nie dała rady. Nie zauważyłam też, żeby wydłużyła świeżość włosów, a nawet przeciwnie - miałam wrażenie, że przeciąża ona włosy. U samej nasady włosów krócej pozostawały one świeże, bo kolejnego dnia po południu już były 'oklapnięte' i nadawały się do mycia, kiedy zazwyczaj spokojnie jeszcze wieczorem wyglądają całkiem dobrze. Za to zauważyłam, że miała pozytywny wpływ na sam skalp, gdzie niwelowała jakieś podrażnienia i przetłuszczanie.
Słyszałam też, że w nowej wersji oprócz opakowania zmienił się też skład i to na lepsze. Sama się do tego raczej nie odniosę, bo po pierwsze nie miałam starej wersji, a po drugie nie czuję się zbyt kompetentną osobą w tym temacie :D Tak czy siak wcierka wypadła u mnie całkiem pozytywnie, mimo, że nie spełniła ona wszystkich obietnic to bardzo cieszy mnie pojawienie się nowych 'baby hair'. Do tego należy ona do tańszych produktów tego typu, bo w cenie regularnej kosztuje ok.14 zł, a sama kupiłam ją jeszcze taniej na promocji za jakąś dyszkę :) Z dostępnością nie ma problemu, bo na prawdę łatwo ją dorwać, kupicie ją chociażby w Hebe, Rossmannie (i tym podobnych drogeriach, w tym mniejszych), w sklepach internetowych czy pewnie nawet w aptekach. Dodam, że być może gdybym stosowała ją jeszcze dłużej efekty byłyby lepsze, szczególnie ten dotyczący wypadania. Jeśli skuszę się na kolejną butelkę i zauważę większe efekty - dam znać :)

Znacie ją? Jak oceniacie?
Jesteście w stanie polecić mi inne - warte uwagi wcierki, które wzmocnią włosy i ograniczą ich wypadanie?
Czytaj dalej

Etykiety

4 pory roku AA Alterra alverde anatomicals avon Balea Balmi balsam do ciała balsam do ust Barwa bebeauty bell Bielenda Biolove catrice celia ciało cienie do brwi denko dermena dm Dr.Konopka's ecocera efektima elfa-pharm eos essence Eveline Evree Farmona film Flormar Garnier gliss kur Golden Rose Green Pharmacy Himalaya hity roku Holika holika Isana Jantar Joanna Kallos kobo kolastyna kolorówka korektor pod oczy kosmetyczne premiery kosmetyczni ulubieńcy krem bb krem cc krem do rąk krem do twarzy krem pod oczy książki kulturalne podsumowanie roku L'biotica lakier do paznokci lemax lifestyle Lirene liście manuka Loreal lovely makijaż Marion mariza maseczka do twarzy maseczki w płachcie maska/odżywka do włosów masło do ciała Maxfactor Maybelline mini recenzje miss sporty Miya miyo mus do ciała muzyka my secret mydło do ciała i włosów Nacomi naklejki wodne Natura Estonica naturalnie Neutrogena niekosmetyczni ulubieńcy nivea nowości oceania odżywka do paznokci olej do włosów olejek do twarzy Organic shop Organique organizacja Originals Palmolive paznokcie peeling peeling do rąk peeling do skóry głowy peeling do twarzy perfecta pianka do twarzy pianka pod prysznic pielęgnacja pielęgnacja twarzy planet spa płyn micelarny podkład podróże pomadka promocja na kolorówkę w Rossmannie promocja na pielęgnacje twarzy w Rossmannie prywatnie Przegląd kulturalny przegląd marki puder Rimmel Rival de Loop rosyjskie kosmetyki bani agafii Sally Hansen Seche Vite selfie project serial serum skarpetki złuszczające soraya Stara Mydlarnia Sylveco szampon tag tanie kosmetyki Tatry tołpa tonik top coat treaclemoon Tutti Frutti twarz Ulubione blogi usta Venus Vianek Vipera wcierka wibo wieczorna pielęgnacja wishlista włosy wygląd bloga wyjazdowa kosmetyczka wzorki na paznokciach Yves Rocher zagraniczne kosmetyki ziaja żel aloesowy żel do brwi żel pod prysznic
me & my passions © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka