Maseczki do twarzy z Lidla - Cień i Food for skin. Perełki za grosze?


Kilka tygodni temu w Lidlu panowały wielkie wyprzedaże na kosmetyki, na których można było się konkretnie obkupić. U mnie obyło się w prawdzie bez szaleństw, początkowo nawet planowałam nie zaglądać na tą promocję. Jednak w głównej mierze maseczki za grosze (dosłownie, bo część z nich kosztowała 50 gr!) skusiły mnie by jednak z niej skorzystać. Jak się sprawdziły? - o tym dowiecie się czytając wpis ;)
Słowem wstępu napiszę, że maski pod logiem Cien są produkowane przez nikogo innego jak markę Perfecta. Kiedyś nawet były dostępne identyczne maski w sprzedaży już bezpośrednio pod znakiem firmy, wiec możecie nawet je znać ;) Każda z nich ma 10 ml i ta pojemność za każdym razem wystarczała mi na 2 użycia. Z kolei linia food for skin jest produkowana przez Tołpa, więc tu zdecydowanie ciekawiej.. :) Każda z masek jest podzielona na dwie saszetki o różnych (aczkolwiek podobnych) działaniach - bardzo podoba mi się takie rozwiązanie! Tutaj maski mają pojemność 2x6ml. Producent zaleca stosować je na wybrane części twarzy, jak na rysunkach, jednak ja stosowałam je osobno i połówka o pojemności 6 ml wystarczyła mi na 1 użycie.
Na pierwszy ogień poszła maska z serii food for skin w wersji różowo - żółtej. Na początku skusiłam się na różową część z maską i peelingiem 2 w 1. Konsystencja maseczki jest dość gęsta, ale nie sprawia problemów z nakładaniem, przeciwnie - mi osobiście bardzo odpowiada! :) Zapach z tego co pamiętam był taki nieco męski, moim zdaniem przyjemny. Zmywanie maski sprawia nieco trudności, bo chwilę jednak trwa, ale nie ma znów tragedii. Jeśli chodzi o działanie to jest na prawdę super! Zostałam pozytywnie zaskoczona, bo twarz była bardzo dobrze oczyszczona, wręcz skrzypiąca z czystości, co sama bardzo lubię :) Dodatkowo podoba mi się jej połączenie z peelingiem, bo nawet podczas nakładania czuć drobinki.
Jeśli chodzi o peeling enzymatyczny to tutaj byłam szczególnie go ciekawa, bo kusi mnie kupno sławnego produktu w tubce. Jednak po porównaniu składów muszę przyznać, że się one różnią. Zapach produktu mnie nieco rozczarował, bo tym razem jest dość sztucznie.. Konsystencja jest taka żelowa. Po nałożeniu czuć było dość konkretne pieczenie na policzkach, ale liczyłam się z tym, że może ono wystąpić także mnie nie przeraziło. Zresztą po chwili już ono minęło, a skóra po zmyciu produktu nie była nawet odrobinę podrażniona. Za to na prawdę gładka, a suche skórki zostały w większości usunięte! :)
Jeśli chodzi o drugą maskę z 'naturalnej' serii to tutaj najpierw nałożyłam wersję odświeżającą. Zapach maski rzeczywiście jest ogórkowy i świeży - miły dla nosa :) Konsystencja przyjemnie gęsta i kremowa. Po nałożeniu da się wyczuć delikatne szczypanie w okolicy nosa, ale znowu nie ma mowy o jakichkolwiek podrażnieniach. Zmywanie moim zdaniem jest nieco łatwiejsze niż w poprzedniej wersji. Działanie za to ponownie świetne! Skóra jest mega oczyszczona, radzi sobie nawet z oczyszczeniem porów! Czuć odświeżenie, a niedoskonałości są jakby złagodzone, po jej użyciu skóra domaga się kremu, ale dla mnie to nie problem :D
Czarna maska z peelingiem była bardzo zbliżona do swojej siostry z białą glinką. Podobnie jak i tam, tak i w wersji z węglem zapach przypominał męskie perfumy - z tym, że tutaj da się dodatkowo wyczuć cytrynowe nuty ;) Konsystencja znowu jest przyjemnie gęsta, glinkowo - kremowa z drobinkami, które są wyczuwalne pod palcami podczas nakładania. Działanie jest mocno oczyszczające, początkowo czułam delikatnie szczypanie na policzkach, które na szczęście szybko minęło. Po zmyciu twarz była wyraźnie odświeżona i oczyszczona, było widać sporą różnicę przed i po zastosowaniu maski. Dodatkowo cera domagała się oczywiście nawilżenia, ale jak już wspominałam - akurat to dla mnie nie problem, bo i tak zawsze nakładam krem. Ogólnie jak wspominałam obie wersje glinkowych masek z peelingiem są do siebie zbliżone, jedyną różnicę jaką pomiędzy nimi dostrzegam to łatwiejsze zmywanie właśnie w tej, czarnej wersji :)
Jeśli chodzi o maski z Cienia to tu zaczęłam oczywiście od wersji oczyszczającej z gruszką. Chociaż akurat z gruszką zapach nie ma sporo wspólnego, tzn. jest gruszkowy, ale to taka prze dojrzała nieco gruszka. Ale być może się czepiam :D Konsystencja maski nie jest już tak gęsta jak poprzedniczki, działanie też nie jest zachwycające, ale.. nie jest też źle! Przeciwnie - za zawrotną cenę 50 gr na prawdę jest przyzwoicie. Da się wyczuć delikatne oczyszczenie skóry, ale nie jest to już taki efekt jak w maskach od Tołpa. Jednak myślę, że jest w stanie pokonać nawet kilka innych masek oczyszczających i to droższych :P Warta spróbowania!
Kolejną maską Cien jest wersja odżywcza o konsystencji gęstego kremu. Myślę, że można by spokojnie stosować ją jako jego zamiennik, ale ja jednak stosowałam ją wedle podstawowego przeznaczenia jako maskę. Po użyciu dało się wyczuć wygładzenie i delikatne odżywienie, czy nawilżenie skóry. Znowu nie był to jakiś super efekt, który długo się utrzymuje, bo nie poradził sobie chociażby z przesuszeniami skóry, które miałam w kilku miejscach. Ale znowu muszę przyznać, że jak za taką cenę działanie było na prawdę fajne! Zapach był słodki, jak przystało na połączenie miodu i migdałów, ale tutaj akurat o dziwo mi podpasował :D

Ostatnia z testowanych przeze mnie masek to wersja nawilżająca maseczki Cien z aloesem i pomarańczą. Konsystencja podobnie jak i w poprzedniej wersji jest zbliżona do gęstego kremu. Działanie również jest bardzo podobne - po użyciu maski skóra jest miękka i delikatnie nawilżona, chociaż efekt nie utrzymuje się na długo. Nie jest też to na pewno głębokie nawilżenie o jakim mówi producent.. Jeśli chodzi o zapach - dominuje aloes jak dla mnie w towarzystwie kremowych nut, pomarańczy zupełnie tam nie czuję :)

Podsumowując: Maski z linii Food for skin okazały się kozackie! ♥ Najsłabiej z czwórki wypadł dla mnie peeling enzymatyczny, bo tam działanie było najmniej widoczne. Pozostała trójka świetnie oczyszczała cerę! Sama chętnie do nich wrócę i jeśli macie cerę tłustą, czy mieszaną zdecydowanie Wam je polecam :) Przy cerach wrażliwych czy suchych mogą być zbyt mocne, bo oczyszczają na prawdę konkretnie!
Jeśli chodzi o trzy maseczki Cien to tu działanie było przyjemne, ale nie szałowe. To raczej takie saszetki 'na raz', które fajnie wypróbować (zwłaszcza ze względu za niską cenę), ale sama do nich nie wrócę :)
Obie serie są dostępne w Lidlu, Cien kosztował mnie 0,50 zł, a Food for skin 1 zł. W cenie regularnej Cien kosztuje 1 zł, a food for skin 2 zł - co i tak jest moim zdaniem super ceną! :)

Znacie te maski? Jak u Was się sprawdziły? :)
Czytaj dalej

Aktualizacja pielęgnacji twarzy - wiosna 2019. Przejście na naturalną stronę mocy.


Dawno nie dodawałam wpisu z aktualizacją mojej pielęgnacji twarzy. Staram się wpisy z tej serii dodać wtedy, kiedy część kosmetyków których używam ulegnie zmianie, a jednocześnie używam ich już przez jakiś czas, żeby móc coś powiedzieć na ich temat. Teraz jest idealny moment na dodanie aktualizacji, bo w ostatnim czasie zaszło sporo zmian w mojej armii do pielęgnacji twarzy. Częściowo staram się bowiem zamienić kosmetyki drogeryjne na naturalne :)
Nie znajdziecie co prawda tu samym kosmetyków z dobrym składem, bo nadal kusi mnie sporo kosmetyków łatwo dostępnych w drogeriach. Ale spora gromadka ze zdjęcia wyżej to kosmetyki naturalne. Jak się póki co sprawdzają? O tym przekonacie się czytając wpis.
PŁYN MICELARNY BIELENDA - BOTANIC SPA
Standardowo zacznę od płynu micelarnego, czyli mojego pierwszego kroku przy wieczornej rutynie. Jak wiecie bardzo lubię płyny micelarne z Bielendy, jednak mam wrażenie, że ta wersja z serii Botanic Spa jest odrobinę słabsza od ulubionego płynu z serii Expert Czystej Skóry. Nie jest zła, bo radzi sobie z demakijażem, ale mam wrażenie, że potrzebuje więcej czasu na zmycie np. tuszu, a przy zmywaniu podkładu muszę użyć większej ilości płatków.
MYDŁO DO MYCIA TWARZY - MYDŁO STACJA
Do zmycia pozostałości makijażu, czy po prostu zanieczyszczeń po całym dniu nadal używam mydełek. Tym razem jest to mydło 'czarne złoto' od Mydło Stacji. Muszę przyznać, że sprawdza się równie dobrze jak inne mydła, które używałam w tym celu.
TONIK - MGIEŁKA DO TWARZY - VIANEK
Odkąd poznałam tonik Vianka w wersji normalizującej nabrałam ochoty na pozostałe wersje. Wersja łagodząca jest już na wykończeniu, a w zapasie czeka kolejna - nawilżająca. Jak się sprawdzała wersja z różą? Mimo mojej początkowej niechęci przez jej zapach polubiłam ją niemal tak samo bardzo jak wersję do cer mieszanych. Ładnie koi cerę, delikatnie nawilża i przygotowuje ją do kolejnych zabiegów pielęgnacyjnych.
SERUM NAWADNIAJĄCE - DERMEDIC
Serum nawadniające nie bez powodu umieściłam na zdjęciu obok toniku. Bowiem odkryłam, że najlepiej sprawdza się aplikowane na skórę spsikaną tonikiem. Wtedy ładnie się wchłania i rzeczywiście widać jakieś działanie. Stosując je solo miałam  wrażenie, że praktycznie się nie wchłania i pozostawia po sobie nieprzyjemną warstwę. Więcej na pewno napiszę o nim w recenzji :)
KREM RÓŻANY - BIELENDA
Jeśli chodzi o nawilżający krem do twarzy to u mnie ląduje on na twarzy najczęściej rano, przed wykonaniem makijażu w cienkiej warstwie. Wtedy ładnie się wchłania, a makijaż się na nim nie roluje. Na noc stosuję zazwyczaj serum, bo chcę je w pierwszej kolejności wykończyć. Tutaj znowu za jakiś czas pojawi się recenzja.
SERUM DO TWARZY Z KWASEM MIGDAŁOWYM - BIELENDA
Nie mogło zabraknąć i mojego ulubieńca, którego używam na noc podczas gorszych dni mojej cery. Wtedy jest nieoceniony! Ładnie wyrównuje koloryt, rozjaśnia blizny, a niedoskonałości szybko znikają :)
MULTI - REGENERUJĄCY KREM POD OCZY - OILLAN 
BALSAM DO UST - EOS
Produkty ze zdjęcia możecie kojarzyć już z poprzednich przeglądów, bo nadal staram się je wykończyć. O ile krem pod oczy jest na prawdę fajny i przyjemnie nawilża o tyle do pomadek eos zupełnie nie jestem przekonana o czym niejednokrotnie wspominałam :D
PEELING DO TWARZY - NACOMI
Tutaj przechodzimy już do produktów, które używam kilka razy w tygodniu. Peeling nacomi miałam już kilka lat temu w innej wersji i wtedy nie byłam do niego przekonana. Wersja z pokrzywą nie spowodowała póki co, żebym zmieniła zdanie.. Przyjemnie peelinguje cerę i częściowo usuwa suche skórki, ale ma taką tłustawą konsystencję, której nie lubię. Brakuje mi uczucia oczyszczenia po zastosowaniu tego produktu, ale być może wraz z dłuższym używaniem zmienię o nim zdanie :)
MASKI DO TWARZY - BIELENDA, BOTANIC SPA I SASZETKI - BIELENDA, CIEN
Jeśli chodzi o maseczki to w ostatnim czasie skupiłam się raczej na zużywaniu saszetek. Większość saszetek ze zdjęcia już zużyłam - tutaj muszę przyznać, że mocno zaskoczyły mnie te z serii food for skin. Więcej o nich i o maskach cien napiszę najprawdopodobniej w następnym poście, a za kilka tygodni pewnie pojawi się też wpis na temat chmurek bielendy. Maski z serii Botanic Spa używałam póki co raz, miałam już z tej serii regenerującą i była świetna, więc liczę, że z tą będzie podobnie :) Oprócz tego do grona maseczek dołączyła ostatnio oczyszczająca maska od Miya, która akurat nie załapała się na zdjęcie..

Znacie któryś z produktów z mojej pielęgnacji twarzy? Jak się u Was sprawdza? 
Jak u Was wygląda taka pielęgnacyjna rutyna? Używacie więcej, czy może mniej produktów? :)
Czytaj dalej

Jagodowa konfitura? - masło do ciała Dairy Fun Delia w oryginalnej odsłonie.


Kilka postów wstecz, w poście z nowościami mogliście zobaczyć kosmetyk w bardzo oryginalnej odsłonie - znajdujący się w opakowaniu w formie słoika. Mówię tutaj o maśle do ciała Delia, która w ofercie ma całą linię produktów do pielęgnacji ciała o podobnym wyglądzie. W podobnych opakowaniach znajdują się chociażby peelingi o których wiele osób wspominało w komentarzach, mam wrażenie myląc ze sobą te dwa kosmetyki.. Samego masła używałam bodajże od początku lutego, więc zdążyłam sobie wyrobić zdanie na jego temat. Jeśli jesteście go ciekawe - zapraszam do czytania :)
Masło jak wspomniałam znajduje się w ceramicznym słoiczku. Od razu przyciąga wzrok i dla wielu osób może być jednym z decydujących czynników o kupnie :D Tak było właśnie u mnie, skusiło mnie opakowanie, które można później wykorzystać - bardzo fajny pomysł od firmy. 
Na słoiczku nie znajdziemy zbyt wielu informacji na temat produktu, w sumie nie ma ich wcale.. :D Znajdują się one jedynie na 'zawieszce', przymocowanej do słoika za pomocą gumki recepturki. Jeśli chcemy chociażby sprawdzić ile masło ma pojemności, czy jaki ma skład to pasowałoby zachować zawieszkę. Przy okazji wspomnienia o pojemności dodam, że wynosi ona 300 ml więc całkiem sporo. Masła używam od lutego, a aktualnie została mi jakaś 1/3.
Jeśli chodzi o zapach to nie jest to w 100% naturalny aromat. Owszem czuć borówki, ale raczej w takiej słodkiej odsłonie, mi osobiście zapach przypomina jagodowy dżem. Nie ma tragedii, ale np. przy bólu głowy omijam jego używanie, bo naprawdę ma moc! Już podczas otwarcia słoika go mocno czuć :)
Konsystencja jest jak dla mnie taka jogurtowa - dosyć gęsta, ale łatwo się rozsmarowuje i nie smuży. Jednak trzeba dać jej chwilę na wchłonięcie, a i tak u mnie zazwyczaj zostawia odrobinę tłustej warstwy. Masło nawilża jednak dość dobrze, na zimniejsze miesiące moim zdaniem jest dobrym wyborem. Na lato już przez swoją nieco cięższą konsystencję i dłuższe wchłanianie nie koniecznie.. :)
Główną zaletą tego produktu jest ciekawy wygląd i sama idea ponownego wykorzystania opakowania. Poza tym masło nie zachwyciło mnie na tyle by do niego wrócić, a przynajmniej nie w tej wersji zapachowej :) Z tego co kojarzę oprócz mojej borówki można kupić wersję brzoskwiniową i mleko i miód. Składowo też z pewnością nie zachwyca, ale jak na jednorazową przygodę było całkiem, całkiem. Jego cena regularna to ok. 22-28 zł, sama kupiłam go za ok. 14 zł w hebe - myślę, że w takiej cenie warto go właśnie szukać :)
Miałyście kosmetyki z tej serii? A może znacie inne kosmetyki w podobnych opakowaniach, które można ponownie wykorzystać?
Czytaj dalej

Eveline Liquid Control HD - podkład dający efekt baby face? Czyli o tym jak wielki hit blogosfery okazał się u mnie wielkim rozczarowaniem.


Jak pewnie większość z Was wie za nieco ponad tydzień rusza w Rossmannie kolejna edycja  promocji -55% na kolorówkę. Dlatego uznałam, że to idealny moment na napisanie recenzji na temat podkładu, który na ostatniej promocji był poszukiwany przez sporą część dziewczyn, po tym jak został okrzyknięty hitem w internecie. Niestety sama nie podzielam wielkich zachwytów na jego temat - dlaczego? O tym opowiem w dzisiejszym wpisie ;)
Opakowanie to szklana matowa butelka z czarnym napisami. Produkt aplikujemy za pomocą pipety - u mnie było to 1 spotkanie z taką formą aplikacji podkładu. Muszę przyznać, że o ile np. w serum Bielendy bardzo lubię taką formę dozowania produktu tak tutaj od początku się z nią nie polubiłam.
Trzeba mocno uważać, żeby nie pobrudzić ubrań i wszystkiego do wkoło. Zwłaszcza, że konsystencja jest bardzo rzadka, wręcz płynna.. Z czasem nieco przyzwyczaiłam się już do takiej formy, ale i tak zdecydowanie nie jestem jej fanką. Wolę bardziej kremowe podkłady i to w tubce czy opakowaniu z pompką.
Jeśli chodzi o kolorystykę to w gamie dostępnych jest 6 odcieni. Ja sama posiadam najjaśniejszy - 005 Ivory. Na początku podkład wydawał mi się bardzo jasny, idealny wręcz na zimę, więc stwierdziłam, że może on poczekać na swoje użycie. Niestety gdy sięgnęłam po niego po kilku miesiącach okazało się, że podkład znacznie ściemniał.. Jak zauważyła Natalia widać to nawet już w butelce. Poniżej na 2 zdjęciach możecie zobaczyć zdjęcie koloru niedługo po kupnie:
Niżej w porównaniu z podkładem Catrice - all matt plus i matującym Bielenda:
Aktualnie kolor zaraz po aplikacji jest jeszcze w miarę dopasowany do mojej cery, ale po kilku minutach dość znacznie ciemnieje o 1-2 tony. Niżej możecie zobaczyć na zdjęciu podkład zaraz po nałożeniu i po kilku minutach, widać różnicę prawda? Ale i tak wydaje mi się, że na zdjęciu jeszcze nie jest to aż tak widoczne. W rzeczywistości kolor jest sporo ciemniejszy i co gorsza dostrzegam w nim pomarańczowe tony po kilku godzinach.
Z tego względu zdecydowanie nie jestem zadowolona z tego podkładu. Na początku myślałam że ciemnienie to kwestia aplikacji czy mieszania podkładu (producent zaleca wymieszać zawartość przed aplikacją). Ale niezależnie, czy nakładam go palcami, czy gąbką, czy mieszam czy nie zachowuje się on podobnie... Najlepiej wygląda moim zdaniem nałożony cienką warstwą, wtedy nie widać aż tak bardzo, że ciemnieje.
Dodatkowo lubi on smużyć podczas nakładania i trzeba aplikować go dość szybko, bo mam wrażenie, że szybko 'wpija' się on w skórę. Kolejny minus to fakt, że u mnie podkreśla suche skórki. Jeśli chodzi o krycie to jest ono zdecydowanie delikatne, efekt rzeczywiście można stopniować, jak mówi producent, z tym, że przy kolejnych warstwach moim zdaniem efekt zmiany koloru jeszcze bardziej widać.. Wykończenie jest całkiem przyjemne i satynowe - rzeczywiście daje efekt 'baby face' i cera przez kilka minut (zanim nie ściemnieje) wygląda ładnie.
Jeśli chodzi o cenę, wynosi ona ok. 36 zł, często na promocji można go dorwać ok. 26 zł. Czy warto? U mnie zupełnie się nie sprawdził, ale wiem, że wiele osób wręcz się nim zachwyca. Jeśli macie na niego ochotę to radziłabym kupować go z myślą używania od razu, a nie kupna 'na zapas' - bo może się zdarzyć podobna sytuacja co i u mnie.
Znacie ten sławny już podkład? Jak sprawdził się u Was?
Czytaj dalej

Nowości w mojej kosmetyczce - luty, marzec. Bielenda, Vianek, Nacomi, Cien, Dove i inni.



Ostatni weekend marca to idealny moment na podsumowanie kosmetycznych nowości, o jakie wzbogaciłam się w ostatnich 2 miesiącach. Jeśli jesteście ciekawe co tym razem mam do pokazania i czy udało mi się nie przekroczyć magicznej kwoty 50 zł to zapraszam do czytania :)
Zakupy w lutym rozpoczęłam od drogerii Natura. Kupiłam w niej między innymi różany krem do twarzy od Bielendy, który niemal od razu trafił do mojej łazienki. Od jakiegoś czasu miałam ochotę go wypróbować, a że akurat był na promocji za 14,99 zł uznałam, że okazja jest całkiem fajna :) Chociaż nie ukrywajmy - promocje w naturze nie są jakieś szczególne, bo ceny są zbliżone do regularnych w innych drogeriach ;) Dodatkowo do koszyka trafiła gąbeczka do makijażu (11,49 zł). Wydawało mi się, że swego czasu zbierała pozytywne opinie, ale jednak już po odpakowaniu nie byłam zadowolona, bo jest ona dość twarda i prawie wcale nie rośnie pod wpływem wody...
W hebe z kolei nadrobiłam braki balsamów do ciała i masek do włosów w zapasach. Trochę w ciemno kupiłam masło do ciała Delia (14,99 zł). Skusiło mnie w sumie głównie opakowanie, ale nie jestem do końca przekonana do tego zakupu :P Jeśli chodzi o maskę to wróciłam po przerwie do sprawdzonych Kallosów. Wydawało mi się, że jeszcze wersji Omega (11,99 zł) nie miałam, ale jednak w domu okazało się inaczej :D Na szczęście z tego co pamiętam była całkiem fajna, więc nie ma wielkiej straty.
W Rossmannie z kolei nie mogłam odpuścić sobie kupna nowych maseczek do twarzy, które były akurat na promocji. Skusiłam się na jedną z najnowszych serii Smotthie Mask (3,49 zł/sztuka) i maski bąbelkowe Cloud Mask (4,89 zł/sztuka), które też miałam na chciejliście. W przypadku obu serii skusiłam się na wszystkie warianty z myślą o poście zbiorowym na ich temat. W przypadku buteleczek nawet się on już pojawił tutaj :)
W Rossmannie do koszyka wpadł mi także zmywacz Isany (3,99 zł), który także uzupełnił moje braki. W hebe z kolei jeszcze przed promocją na maski w Rossmannie skusiłam się na kolejne nowości bielendy, czyli maseczkę z serii miód manuka i z serii czarny cukier i węgiel. Obie były po 3,79 zł.
Jak wiele osób tak i ja skusiłam się na zakup wysokich obcasów z dodatkiem wcierki Vianek - już w ramach marcowych zakupów. Jak pisałam na instagramie od dawna miałam go na wish liście, więc okazja była idealna do kupna, bo kosztował jedynie 7,98 zł! :)
Kolejne zakupy marca to dwa produkty do pielęgnacji twarzy, kupione przy okazji obniżek na tą kategorię w hebe. Serum z Bielendy (17,09 zł) to mój wielki ulubieniec jak wiecie, więc nie wyobrażałam sobie nie uzupełnić jego braku w łazience. Peeling Nacomi (12,59 zł) swego czasu miałam w wersji z kakao, ale wtedy trafiłam chyba na jakieś feralne opakowanie. Postanowiłam ponownie sprawdzić jak się u mnie sprawdzi, tym razem w wersji pokrzywowej - bardziej dopasowanej do mojej cery.
Mimo początkowych oporów i ja nie odpuściłam sobie zakupów w Lidlu. Szłam oczywiście z zamiarem kupna maseczek do twarzy. Skusiłam się zarówno na te z serii Food for skin (0,99 zł/sztuka) produkowane przez Tołpa, jak i te pod logiem Cien (0,49/sztuka) - produkowane przez Perfectę. Jak użyję wszystkich to planuję napisać na ich temat zbiorczy wpis, więc możecie go oczekiwać :)
Oprócz tego skusiłam się także na żel-peeling do ciała (2,99 zł) i krem do rąk (1,99 zł). Peeling okazał się bardzo podobny do peelingu Tołpy, który opisywałam tutaj. Krem z kolei jeszcze czeka na swoją kolej.
Na promocji 2+2 w Rossmannie tym razem skorzystała głównie siostra, bo dla siebie wybrałam jedynie szampon z glinką L'oreal, który wyszedł po 6,50 zł. Przy okazji tych zakupów do koszyka wpadła nowa wersja dezodorantu dove (9,99 zł) - jabłko i biała herbata, która ma genialny zapach! ♥ Bardzo polecam Wam tą wersję, bo działanie jest tak samo dobre jak w pozostałych wariantach tych dezodorantów.

W lutym wydałam 98,55 zł, a w marcu - 62,09 zł. Dwa razy przekroczyłam limit, a w sumie kupowałam same potrzebne produkty, które się mi kończyły. No może za wyjątkiem maseczek :D
Znacie moje nowości? Czymś Was zainteresowałam?
Czytaj dalej

Etykiety

4 pory roku AA Alterra alverde anatomicals avon Balea Balmi balsam do ciała balsam do ust Barwa bebeauty bell Bi-es Bielenda Biolove buna catrice celia ciało cienie do brwi delia denko Dermedic dermena dm Dr.Konopka's ecocera efektima elfa-pharm eos essence Eveline Evree Fa Farmona film Flormar Garnier gliss kur Golden Rose Green Pharmacy hean Himalaya hity roku Holika holika Ingrid Isana Jantar Joanna Kallos kobo kolastyna kolorówka korektor pod oczy kosmetyczne premiery kosmetyczni ulubieńcy krem bb krem cc krem do rąk krem do twarzy krem pod oczy książki kulturalne podsumowanie roku L'biotica La Rive lakier do paznokci lemax lifestyle Lirene liście manuka Loreal lovely Luksja Makeup Revolution makijaż Marion mariza maseczka do twarzy maseczki w płachcie maska/odżywka do włosów masło do ciała Maxfactor Maybelline mini recenzje miss sporty Miya miyo mus do ciała muzyka my secret mydło do ciała i włosów Nacomi naklejki wodne Natura Estonica naturalnie Neutrogena niekosmetyczni ulubieńcy nivea nowości oceania odżywka do paznokci Oillan olej do włosów olejek do twarzy Organic shop Organique organizacja oriflame Originals Palmolive paznokcie peeling peeling do rąk peeling do skóry głowy peeling do twarzy perfecta Petal Fresh pianka do twarzy pianka pod prysznic pielegnacja pielęgnacja pielęgnacja twarzy planet spa płyn micelarny podkład podróże pomadka promocja na kolorówkę w Rossmannie promocja na pielęgnacje twarzy w Rossmannie prywatnie Przegląd kulturalny przegląd marki puder Rimmel Rival de Loop rosyjskie kosmetyki bani agafii Sally Hansen Seche Vite selfie project serial serum skarpetki złuszczające soraya Stara Mydlarnia Sylveco szampon tag tanie kosmetyki Tatry tołpa tonik top coat treaclemoon Tutti Frutti twarz Ulubione blogi usta Venus Vianek Vipera wcierka wibo wieczorna pielęgnacja wishlista włosy wygląd bloga wyjazdowa kosmetyczka wzorki na paznokciach Yves Rocher zagraniczne kosmetyki ziaja żel aloesowy żel do brwi żel pod prysznic
me & my passions © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka