Denko - wrzesień, październik 2018.


Październik zmierza ku końcowi, więc czas podsumować go ostatnim wpisem z dwumiesięcznym denkiem. Swoją drogą to już przedostatni wpis z tej serii w tym roku.. Początkowo myślałam, że minione miesiące nie będą zbytnio obfitować w zużycia, jednak ostatecznie zebrała mi się nie mała gromadka. Zwłaszcza, że zrobiłam mały przegląd kolorówki.. 
Mam jednak wrażenie, że ostatnio trafiło mi się sporo słabych produktów, czy nawet kilka wyjątkowych bubli! Jednak będzie też kilka fajnych produktów, z których w sumie większość to stali już bywalcy w moich zbiorach :D Bez przedłużania zapraszam do czytania! :D
Zacznę od trzech kosmetyków, których zdjęcie mi gdzieś zaginęło w akcji, ale sokole oko dostrzeże je na zdjęciu zbiorowym :D
Jeden z niewielu kosmetyków marki, który się u mnie zupełnie nie sprawdził. Zdzieranie było na prawdę słabe - praktycznie zerowe dla mnie. 
~ Krem do rąk Anida
W sumie to taka większa próbka, która przypadła mi do gustu. Dobrze nawilżała dłonie i nawet z tego co pamiętam miała mocznik na drugim miejscu. Co prawda mam swoich ulubieńców do kremowania dłoni, ale możliwe, że poszukam pełnowymiarowego opakowania na sklepowych półkach :)
✔ Zmywacz Isana
Ulubieniec! Świetnie radzi sobie nawet z ciemnymi lakierami, czy brokatami.
~ Żel pod prysznic Balea - truskawka i awokado
Żel zdecydowanie pachniał truskawką, awokado było jak dla mnie niewyczuwalne. Mimo to, żel był na prawdę przyjemny pod względem zapachu. W kwestii działania też nie ma co mu zarzucić, bo robił co miał robić.
✘ Żel pod prysznic Biolove - smoczy owoc
Jakoś nie do końca przekonują mnie naturalne żele pod prysznic tej firmy. Mają bardzo rzadką konsystencję, przez co są niezbyt wydajne, słabo się pienią i przede wszystkim zapachy nie są szczególnie szałowe. Ta wersja i tak była lepsza od maliny, którą miałam wcześniej, ale i tak uważam, że była słabo odwzorowana i woń była nieco chemiczna.
✘ Pianka pod prysznic Balea - sernik truskawkowy
Nie jestem fanką pianek jeśli chodzi o mycie - mam wrażenie, że radzą sobie pod prysznicem słabiej niż żele. Raz na jakiś czas są okej, ale na dłuższą metę nie dla mnie. Tutaj woń była słodka i nieco mdła, dlatego niezbyt mi podpasywała.
Największym atutem tego balsamu jest zdecydowanie zapach! Do tego miał ciekawą konsystencję, przez co chętnie po niego sięgałam. Działaniem może nie powalał, ale na okres letni był całkiem fajnym rozwiązaniem.
✘ Odżywka do włosów Kallos - mango
Jak wiecie lubię maski tej firmy - jak na tak niską cenę są na prawdę fajne. Jednak wersja z mango niezbyt przypadła mi do gustu, a w końcowych tygodniach jej używania już ją męczyłam. Nie jestem bowiem zbytnią fanką tego owocu, a dodatkowo miałam wrażenie, że miała słabsze działanie od innych wersji. Zamiast 'maski' na opakowaniu pojawiła się 'odżywka' więc może coś przy niej zmieniali (?).
 ✔ Szampon Barwa - pokrzywowy
Widzicie go już nie po raz pierwszy i spisuje się na prawdę fajnie :) Dobrze oczyszcza włosy, czyli robi co ma robić. Ostatnio zauważyłam, że moje włosy się nieco przyzwyczaiły do niego, ale i tak za jakiś czas się spotkamy po przerwie.
Myślę, że nie przesadzę nazywając go jednym z najlepszych olejów do włosów :) Moje włosy bardzo się z nim polubiły, po jego zastosowaniu były nawilżone, dociążone i błyszczące.  
Mimo, że poprzednia wersja przeciw przetłuszczaniu się włosów bardzo przypadła mi do gustu to ta okazała się dużo słabsza. Drobinki były dużo, dużo mniejsze i ciężko było sam peeling dobrze rozprowadzić tak, by dotarł do skóry głowy. Działanie więc było dużo słabsze od wcześniej wspomnianej wersji, dlatego jeśli zastanawiacie się którą z wersji wybrać to.. już wiecie ;)
Znana chyba już wszystkim wcierka i u mnie całkiem fajnie się sprawdziła. Chociaż nie spełniła wszystkich obietnic producenta to była na prawdę niezła - zwłaszcza za tak niską cenę, chętnie do niej wrócę.
✘ Arbuzowa woda Balea
Nie widziałam za bardzo zastosowania dla niej - podczas aplikacji dodatkowo dziwnie się pieniła, więc już do niej nie wrócę.
Przez przyjemny chłód jaki zapewniała maska z przyjemnością sięgałam po nią latem. Efekt po jej zastosowaniu tez nie był zły - buzia była przyjemna w dotyku i przede wszystkim zauważyłam, że miała delikatny wpływ na rozszerzone pory (wraz z innymi kosmetykami do pielęgnacji twarzy).
Ta wersja nie przypadła mi do gustu za bardzo, mimo, że na początku użytkowania zapowiadało się na prawdę dobrze. Na dłuższą metę mnie zapchała, więc nie wrócę do niej ponownie.
To co przeszłam z tym peelingiem to dłuuuga historia. W skrócie zawartość okazała się nie taka jaka być powinna przez co już do niego nie wrócę.
✔ Płyn micelarny Bielenda
Mój wielki hit jeśli chodzi o demakijaż, często do niego wracam - tym razem też nie było inaczej :) 
Niekwestionowany ulubieniec, do którego zawsze wracam! Chwalę go za każdym razem jak go pokazuję, wiec może tym razem sobie daruję :D 
✘ Krem do twarzy Ziaja
 Bubel jakich mało - miałam do niego kilka podejść, ale za każdym razem miałam wrażenie, że ma negatywny wpływ na stan cery i ją zapycha. Ostatecznie zużyłam go jako balsam do ciała.
~ Podkład do twarzy Bielenda
Całkiem przyjemny podkład na lato, który kosztuje niewiele. Chociaż nie jest idealny ładnie wygląda na twarzy i jest bardzo lekki. Jednak trzeba uważać na kolory, bo 1 jest dość ciemna - u mnie była idealna latem, teraz zaczynała być już nieco za ciemna. 
✘ Podkład do twarzy Ingrid
Sławy podkład za grosze, mi podczas jego używania towarzyszyły mocno mieszane uczucia. Ostatecznie mogę stwierdzić, że miłości z tego nie będzie. Trzeba było się mocno postarać, żeby wyglądał jako tako na twarzy. Kolor znowu jest dość ciemny, będzie okej tylko w cieplejszych miesiącach. Więcej spodziewajcie się na dniach w recenzji :)
~ Gabeczka do makijażu Hebe
Była całkiem fajna, chociaż miałam wrażenie, że szybko zrobiła się twarda. Ale jest tania, więc można jej to wybaczyć, może się jeszcze spotkamy :)
Hit wielu osób, a dla mnie totalny bubel! Nawilżenie jest znikome, dla mnie stanowczo za słabe. Ostatecznie zużyłam jakąś połowę opakowania, po czym zmienił się w nim zapach, więc bez żalu się rozstajemy. Więcej na pewno go nie kupię!
~ Tusz do rzęs Lash Sensational - Maybelline
Początkowo byłam nim niemal rozczarowana, bo przez mokrą konsystencję mocno sklejał rzęsy. Jak poleżał i nieco wysechł dawał całkiem niezły efekt, ale było to już praktycznie pod koniec opakowania. Jednak nie było to nic spektakularnego, więc nie wiem czy się spotkamy. Podobny efekt daje jak dla mnie sławny żółty tusz Lovely, a z podobnej półki cenowej mam już swojego ulubieńca :)
✔ Żel do brwi Lovely 
Stały element mojej kosmetyczki - idealny do szybkiego podkreślenia brwi i do tego mega tani.
~ Pomadka Isa Dora - 01 Nude Attitude
Ach co to była za pomadka! Dzięki niej w końcu odkryłam swój idealny kolor na co dzień :) Piękny dzienny nude z odcieniami różu - jestem na etapie szukania tańszego zamiennika, także.. ktokolwiek widział ktokolwiek wie :D
Na koniec ostatnio zużyte saszetki.. Z powyższego grona największym hitem okazała się maseczka Vianka - jeszcze nie raz o niej wspomnę :) Miło wspominam też Soraya, która miała obłędny zapach i maski Marion, do reszty nie wrócę :)

Uff.. dobrnęliśmy do końca :)
Coś znacie? Podzielacie moją opinię?
Czytaj dalej

Kosmetyczne premiery, czyli co nowego czeka na nas w drogeriach? - listopad.


Październik dobiega końca, więc czas na kolejną odsłonę jednej z najchętniej czytanej przez Was serii. Pewnie nim się obejrzę  będę przygotowywać ostatnią w tym roku część. Ale zanim to, zapraszam na kolejny post z serii kosmetycznych premier - tym razem dotyczących listopada. Będzie tym  razem sporo pielęgnacji twarzy i kolorówki! Ciekawe? W takim razie zapraszam do czytania! :)
Zacznę nie typowo od marki własnej rossmanna, która zaskoczyła mnie swoimi nowościami do pielęgnacji twarzy - peelingiem i pianką do twarzy. Musicie przyznać, że opakowania wyglądają uroczo! Jednak mam wrażenie, że sam pomysł na serię z 'jajkiem' już był. Nie mogę sobie przypomnieć w tej chwili firmy, ale piankę o podobnym zamyśle mam wrażenie, że już widziałam. Kolejna ciekawa nowość, chociaż jakoś słabo mnie przekonująca to węglowa pomadka do ust. Jeśli chodzi o nowości do twarzy od Lirene to w ich ofercie pojawi się glinkowa pasta myjąca. Muszę przyznać, że jestem skuszona i pewnie prędzej czy później ten produkt wyląduje w moim, koszyku. Zwłaszcza, że ostatnio sama firma pozytywnie mnie zaskakuje :)
To nie koniec nowości od Isany do pielęgnacji twarzy - w kolejnym miesiącu pojawią się także maski w płachcie w 4 wersjach: różanej, kaktusowej,  z olejkiem arganowym i miętowej. Akurat fanką takiej formy masek nie jestem, więc sobie odpuszczę, ale pewnie taka nowość spodoba się sporej liczbie osób.
Za to skuszę się pewnie na urocze maseczki bomblujące od Bielendy - tym razem nie są pierwsi z taką formą, ale i tak kuszą wyglądem masek i obietnicą owocowych zapachów!

Oprócz masek Bielenda tym razem stawia na usta - pojawią się balsamy w kształcie kulek i masełka do ust. Z tego co kojarzę kulka tygrysek jest o zapachu pomarańczy, a małpka - melona. Masełka niby mają pojawić się w listopadzie, ale sama już zdążyłam gdzieś w sklepie je zobaczyć, razem z inną nowością - peelingami do ust.
Nowości do ust pojawią się także w ofercie Nivea. Muszę przyznać, że mimo braku sympatii do marki wersja z arbuzem mnie kusi :D Oprócz tego w najbliższym miesiącu możemy szukać różnych wersji sławnych smakowych pomadek, głównie różnych wariantów pepsi.

Eveline z kolei w pielęgnacji twarzy podąża twardo za trendami, bo w ofercie pojawi się m.in seria ze ślimakiem. W niej krem i maska do twarzy, krem BB i krem pod oczy. Mnie akurat ten składnik w kosmetykach kompletnie nie przekonuje, za to seria Botanic, a w niej głównie różne typy kremów do twarzy już bardziej. Miałam już kilka kremów od nich różnego typu i całkiem fajnie się sprawdzały. Na kolażach przedstawiłam Wam przykładowe wersje, bo w serii ze ślimakiem produkty są w wielu wersjach dla różnych kategorii wiekowych.
Teraz przechodzimy do kolejnej części nowości czyli kolorówki, pewnie wiele osób będzie w tym momencie żałować, że produkty pojawią się dopiero w nowym miesiącu, a nie w mijającym, kiedy była promocja w Rossmannie :D Na sam początek przygotowałam na prawdę fajne produkty, czyli 3 sypkie pudry do twarzy. Oprócz standardowej wersji transparentnej i sławnej już bananowej pojawi się nowość (jeśli się mylę - poprawcie mnie), czyli puder.. brzoskwiniowy! Sama wyczuwam tu spory potencjał i myślę, że podczas kolejnej promocji mogę polować na te produkty :D
W październiku w ofercie Eveline pojawiły się ładne kolory hybryd, a w listopadzie doczekałam się jesiennych barw wśród tradycyjnych lakierów. Oprócz nich pojawią się paletki, podkłady z nowej serii i korektor pod oczy.
Lovely tym razem kusi nas przede wszystkim nowymi pomadkami - zestawem do ombre i pomadkami... pudrowymi! Tych drugich jestem na prawdę ciekawa :) Oprócz tego pojawią się: baza pod cienie, zastygające metaliczne cienie i zestawy do konturowania.
Ostatnie nowości do makijażu to matowe pomadki i podkład sławnej ostatnio na instagramie marki Deborah i podkład od Lirene.
Na sam koniec zostawiłam szczotki TT w nowej błyszczącej odsłonie! Muszę przyznać, że wyglądają przepięknie ♥ Sama jestem bardzo zadowolona z tych szczotek, chociaż wiem, że opinie mają różne to osobiście widzę sporą różnicę między nimi i tradycyjnymi szczotkami/grzebykami.

Standardowo zapytam co Was zaciekawiło? :)
Czytaj dalej

Maseczka do twarzy "Soda oczyszczona" od AA, czyli o moim pierwszym spotkaniu z sodą w kosmetykach.


Kosmetyki z sodą oczyszczoną są stosunkową nowością na rynku kosmetycznym. Pojawiły się m.in w maseczkach i piankach do twarzy. Sama byłam ciekawa ich działania, więc podczas z jednej z ostatnich promocji 2+2 w Rossmannie postanowiłam skusić się na maseczkę do twarzy AA właśnie z serii 'soda oczyszczona'. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z maskami tej firmy, wcześniej miałam wersję z peelingiem o której pisałam Wam tutaj. Jak sprawdziła się u mnie ta wersja? - o tym przeczytacie w dzisiejszym wpisie ;)
Produkt kupujemy w kartoniku pełnym informacji na temat produktu typu obietnice producenta, skład.. Informacje te nie są już powtórzone na właściwym opakowaniu jakim jest plastikowa, zakręcana tubka. Pojemność maseczki to 30 ml, wydawało mi się, że w sumie jest to niewiele i maska starczy na 5-6 użyć, starczyła jednak zdecydowanie na więcej :) 
Sam wygląd opakowań jest minimalistyczny i miły dla oka. Warto dodać, że w zależności od tego gdzie kupujemy maski mogą one się różnić wyglądem. W Rossmannie jak widzicie są 'metaliczne' i minimalistyczne, a w pozostałych wypadkach np. w hebe już wyglądają inaczej i mają więcej szczegółów. Różnice możecie zobaczyć porównując tą wersję maseczki z wcześniej wspomnianą maseczką z peelingiem --> tutaj recenzja. Myślę jednak, że zawartość jest taka sama jeśli wersje się pokrywają, różnica polega na tym, że maseczki produkowane specjalnie dla Rossmanna mają zmienione opakowanie. Wersja z sodą jest dostępna tylko w serii dla R. jeśli dobrze się orientuję, za to w R. brakuje np. wersji z peelingiem. Tyle słowem wstępu na temat opakowań :D
Konsystencję maski określiłabym jako kremową, na twarzy znika jej biały kolor i staje się praktycznie przeźroczysta. Jest ona dość rzadka, więc trzeba mieć to na uwadze podczas nakładania. Jeśli chodzi o zapach to nie czuję tam sody ani przez chwilę, określiłabym go raczej jako kwiatowy- dość przyjemny dla nosa.
 Produkt jest przeznaczony do cery tłustej i mieszanej, więc idealnie dla takiej jak moja. Jak więc się sprawdziła? Po zmyciu maseczki twarz jest przede wszystkim przyjemnie wygładzona i miękka. Pierwsze wrażenie dzięki temu wywarła na mnie na prawdę niezłe. Fajne jest to, że maska nie zasycha jak maseczki glinkowe i nie ściąga twarzy jak to się zdarza w ich wypadku. Na pewno nie musimy się  obawiać wysuszenia cery. Jeśli chodzi o działanie oczyszczające to jest ono jak dla mnie mocno przeciętne. Zdecydowanie nie jest dla mnie wystarczające, nawet teraz - jesienią, kiedy moja cera zaczyna się robić sucha i nie wydziela już tyle sebum co latem. W wakacyjnym okresie podejrzewam, że byłabym nią mocno rozczarowana. Bliżej końca opakowania zauważyłam, że maska mnie zapycha, czego wcześniej jakoś nie odnotowałam. Po jej zastosowaniu wieczorem, rano zauważyłam na twarzy nowe niedoskonałości. Dodatkowo miałam wrażenie, że pojawiło się też sporo wągrów na nosie. Podejrzewam, że to zasługa parafiny dość wysoko w składzie, także warto zwrócić na to uwagę kupując maskę, czego ja niestety nie zrobiłam :D
 Tą wersję maseczki z sodą znajdziecie jak wspomniałam jedynie w Rossmannie. Jej koszt to 15 zł, ale często na promocji można ją dorwać taniej, jakoś za 10-12 zł. U mnie jednak za bardzo się nie sprawdziła, dlatego o wiele bardziej polecam wersje z glinkami - te są dużo przyjemniejsze :)
Znacie tą maseczkę? Może miałyście inne wersje? 
Jakie kosmetyki z sodą oczyszczoną polecacie?
Czytaj dalej

5 kosmetyków do 10 zł, które warto wypróbować (cz.10).


Dzisiaj czas na nadrobienie sporych zaległości w serii dotyczącej tanich kosmetyków wartych wypróbowania. U innych bardzo chętnie oglądam takie wpisy, szukając tanich perełek dla siebie. U mnie jednak ostatni post z tej serii pojawił się rok temu, więc na prawdę dawno.. Ciężko jakoś było mi ostatnio znaleźć 5 kosmetyków wartych uwagi, które jednocześnie były przeze mnie używane, by zrobić im wspólne zdjęcie.. Nie pozostaje mi nic innego jak obiecać poprawę i zaprosić Was na nie byle jaką część, bo już 10! :)
 Tym razem wyjątkowo znalazło się coś z pielęgnacji, kolorówki i nawet zapachy - jest więc na prawdę różnorodnie! :)
Zacznę od produktu, który okazał się dla mnie prawdziwych hitem! W sumie nie wiem dlaczego nie umieściłam go jeszcze w tej serii. Od czasu, kiedy je poznałam - 2 lata temu, wracam do nich regularnie i za każdym razem działają świetnie! Nałożone na stopy po mniej więcej 2 tygodniach działają cuda - zgrubiały naskórek schodzi całkowicie, a stopy zyskują nowy wygląd. Jak dla mnie wśród wszystkich innych skarpetek złuszczających, które miałam okazje stosować (a miałam ich już kilka) te sprawdzają się najlepiej. Wiem, że sporo osób podobnie jak ja jest bardzo zadowolonych z działania, więc jeśli jeszcze nie znacie tego produktu to bardzo Wam go polecam! :)
Kolejny ulubieniec, który już jakiś czas temu powinien pojawić się w tym gronie. Sama używam go głównie jako korektor pod oczy i w tej roli sprawdza się idealnie. Ma całkiem fajne krycie, więc nie ma problemu z zakryciem cieni, a dodatkowo jest jak dla mnie trwały :) Wiem, że zbiera on mieszane opinie, ale sama zdecydowanie należę do grona jego zwolenników.
ŻEL DO BRWI - LOVELY (ok.9,80 zł)
W jednym z postów z tej serii pokazywałam Wam już żel do brwi wibo (mówię dokładnie o tym --> recenzja klik!) i ten z lovely jest w sumie do niego podobny z tym, że jest.. lepszy :D Główna różnica między nimi to wygląd szczoteczki - ta jest sporo krótsza, a przez to wygodniejsza. Dodatkowo teraz w wibo znowu ją zmienili i jest zakończona coś a'la kulką i przez to jest jeszcze bardziej nie praktyczna. Wracając do lovely większych zmian między tymi dwoma maskarami nie zauważyłam. Przede wszystkim jest idealna gdy mamy mało czasu na makijaż, a jednak chcemy podkreślić brwi. Utrzymuje ona włoski w rydzach i nadaje nieco koloru brwiom. Warto też dodać, że wśród żeli lovely znajdziemy 2 kolory (sama mam 02 czyli ciemniejszą wersję), podczas gdy wibo miało tylko 1 odcień.
WODA PERFUMOWANA HAVE FUN - LA RIVE (na promocji ok.7 zł za 30 ml, w cenie regularnej pewnie ok.10 zł)
Nigdy nie byłam dobra w opisie zapachów, ale woda opiera się na owocowo - kwiatowych nutach. Jest słodka, ale jednocześnie nie mdląca - świeża i orzeźwiająca. Jak dla mnie jest dość uniwersalna i myślę, że spodoba się większości dziewczyn. Szczególnie fajnie sprawdza się w okresie letnim :) Trwałość wiadomo, że nie jest szałowa, ale nie ma też tragedii . Ogólnie czuć je podczas kilku godzin po aplikacji. Jeśli się nie mylę to często pojawia się porównanie tego zapachu do perfum Escada - Moon Sparkle. Także jeśli szukacie tańszego zamiennika to warto się nią zainteresować, dostępna jest też w większej 90 ml wersji. Mniejsza - 30 ml wersja z kolei będzie idealna, żeby zapoznać się z zapachem :)
Nuty głowy: truskawka, czarna porzeczka, magnolia, jabłko, malina
Nuty serca: piwonia, frezja, jaśmin, róża
Nuty bazy: bursztyn, drzewo sandałowe, piżmo
WODA PERFUMOWANA  LOVE FOREVER FOR WOMAN - BI-ES  (ok. 10 zł)
Tutaj mamy kolejny zapach, chociaż jak dla mnie nieco gorszy od wcześniej wspomnianego z La Rive. Przede wszystkim jest on nieco mniej trwały od poprzednika. Jednak mimo to uważam, że jest warty uwagi, zwłaszcza, że jest to zamiennik sławnego jabłuszka Be Delicious DKNY. Na co dzień jak najbardziej jest fajną opcją, a sama woń wody jest kwiatowo - owocowa. Nieco bardziej 'elegancka' (chociaż też nie przesadzajmy, bo na pewno nie są to wieczorowe perfumy :D) i kobieca od Have Fan, ale także ciekawa.

Nuty głowy: grejpfrut, ogórek, magnolia
Nuty serca: tuberoza, róża, konwalia, fiołek, zielone jabłko
Nuty bazy: nuty drzewne, ambra, drzewo sandałowe


Znacie coś z dzisiejszej piątki?
Jakie są Wasze tanie perełki? - Bardzo chętnie je poznam :)
Czytaj dalej

Puszyste pianki w pielęgnacji ciała? - Balsam i krem w piance Balea.


Jakiś czas temu na rynku kosmetycznym pojawiły kosmetyki pielęgnacyjne w formie pianki. Wydaje mi się, że rozpoczęło się od balsamów do ciała w takiej leciutkiej formie. Sama zachęcona ciekawą konsystencją miałam ochotę przetestować któryś z takich kosmetyków. Nieco później uśmiechnęło się do mnie szczęście i w rozdaniu u Natalii udało mi się wygrać m.in. balsam i krem w piance. Początkowo byłam przekonana, że będą to podobne produkty - o bardzo zbliżonym działaniu, a jednak znalazłam w nich kilka różnic. Już teraz zdradzę, że jeden z tych kosmetyków sprawdził się całkiem dobrze, a drugi.. już mniej. Jeśli jesteście ciekawe, który to który to zapraszam do czytania! :)
Oba kosmetyki zamknięte są w metalowych opakowaniach ze słodkim i uroczym wyglądem! Jest on idealnie dopasowany do zapachu danego kosmetyku, o którym nieco później. Pojemność balsamu to 200 ml, kremu jest o połowę mniejsza i wynosi 100 ml. Każdy kosmetyków jest na prawdę wydajny, wydaje mi się, że starczyły na znacznie dłużej niż podobne produkty w 'zwyczajnej' formie ;)
Jeśli chodzi o aplikatory to tutaj mamy pierwszą różnicę. Krem ma podobny 'podajnik' jak w bitej śmietanie, za to w balsamie bardziej zbliżony jest do tego w piankach do golenia. Oba na szczęście nie sprawiają problemów.
 Jeśli chodzi o konsystencję to tutaj mamy kolejną różnicę. W balsamie podczas kilkunastu dobrych aplikacji z opakowania wydostawała się delikatna chmurka, która 'musując' szybko zmieniała się w coś a'la olejek. Żałuję, że nie zrobiłam wcześniej zdjęć, żeby uwiecznić co mam na myśli :D Później - po kilkunastu użyciach konsystencja się zmieniła, stając się puszystą pianką, co widzicie na zdjęciu wyżej. Z kolei w kremie do rąk pianka od początku była pianką :D Powiedziałabym, że była bardziej zbita i treściwa od tej w balsamie.
Opis działania zacznę od zapachu i na pierwszy ogień pójdzie balsam do ciała, który już zdążyłam zużyć. W tym produkcie zapach był rzeczą, która najbardziej mnie zachwyciła! Nie był przesadnie mdły, ale taki słodko - kwaśny, nieco cierpki. Bardziej od babeczki z porzeczką przypomniał mi malinową mambę :) Podczas aplikacji był na prawdę mocno wyczuwalny i mogę nawet przyznać, że całkiem nieźle utrzymywał się na piżamie, czy ciele. W tej serii występują jeszcze dwa inne słodkie zapachy - lody waniliowo-pomarańczowe i truskawkowy sernik. Oba poznałam w piankach pod prysznic i ten wariant zdecydowanie jak dla mnie wygrywa!
Czytając opinie na temat balsamu przed jego używaniem zauważyłam, że kilka osób narzekało na długość jego wchłaniania i tłusty film. Byłam więc nieco uprzedzona co do tego, ale u mnie na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Owszem pianka zostawia na ciele delikatną warstewkę, ale nie wchłania się ona przesadnie długo - raczej standardowo. Mi zupełnie nie przeszkadzała, a uwierzcie, że jej nie lubię i zawsze zwracam na to uwagę, także na prawdę nie było źle. Co do działania to skóra po aplikacji była wygładzona i przyzwoicie nawilżona. Na 3 miejscu w składzie jest sok z aloesu, więc on pewnie zapewnił takie działanie. Wiadomo - szału nie ma, ale jak dla mnie na lato taka dawka była wystarczająca. Na zimę za pewne nie dałby rady, czy przy wymagającej skórze. Ale jeśli nie macie problemów z wysuszeniami to balsam w piance może być fajną odskocznią :)
Przechodząc do kremu do rąk tutaj także mamy słodki zapach. Cake pop to po prostu lizaki z ciastek w polewie. Tym razem jednak woń jest zdecydowanie bardziej słodka, ale z drugiej strony zdecydowanie mniej wyczuwalna. Dodatkowo przy aplikacji mam wrażenie, że nieco zalatuje alkoholem. W ofercie Balea dostępna jest też druga wersja kremu w piance o zapachu malinowych ciastek.
Działanie kremu, porównując je do tego w balsamie jest zdecydowanie gorsze. Sok z aloesu także znajduje się w składzie, ale już nieco dalej - bliżej połowy. Po aplikacji czuć przede wszystkim niezwykłą gładkość skóry na dłoniach. Początkowo byłam wręcz zachwycona takim efektem, ale jest to działanie raczej pozorne, bo oprócz gładkości o zbytnim nawilżeniu nie ma mowy. Przynajmniej teraz gdy temperatury już nieco spadły i moje dłonie stały się bardziej wymagające. Pojawiły się przesuszenia i jakieś drobne ranki z czym pianka nie dała sobie rady i musiałam wspomagać się innymi produktami. W lecie, gdy skóra na dłoniach nie była zbytnio wysuszona dawał radę utrzymywać dłonie w dobrej kondycji. Także myślę, że u osób, które nie mają problemów z suchą skórą krem może dać radę. Jeśli szukacie czegoś odżywczego to produkt nie jest dla Was.. Dodam jeszcze na koniec, że nie należy przesadzać z ilością kremu-pianki, bo przy większej ilości długo się wchłaniał i zostawiał tłustawą warstewkę na dłoniach.
Zarówno krem jak i balsam w piance znajdziecie w zagranicznych drogeriach DM. W Polsce można ich szukać w sklepach internetowych i stacjonarnie w sklepach z chemią niemiecką. Nie wiem jak z dostępnością produktów w sprzedaży, jako że pochodziły z edycji limitowanych. Ale piankę pod prysznic z tej samej serii co i balsam miałam rok temu i teraz nadal była do zdobycia. Także jest szansa.. :)

Znacie te produkty? Może używałyście kosmetyków o podobnej konsystencji innych firm?
Czytaj dalej

Maseczkowe szoty, czyli maseczki w kapsułkach od Marion - wersja: rozświetlająca, odżywcza i wygładzająca.


Jakiś czas temu na rynku kosmetycznym pojawiły się maseczki do twarzy w formie kapsułek firmy Marion. Od razu zainteresowały mnie one swoim wyglądem i jak na typową maseczkomaniaczkę przystało od razu włączyło mi się 'chciejstwo'. Dzięki Korneli mogłam wypróbować 3 z 6 dostępnych wersji i dzisiaj opiszę krótko każdą z nich :)
Zanim zacznę opisywać działanie każdej z osobna, zacznę od kwestii wspólnych. Każda z nich znajduje się jak wspomniałam w opakowaniu w formie kapsułek, podobnych tych do kawy, czy też do mini opakowań dżemów/miodów :D Jest to na pewno coś nowego, co rzuca się w oczy, więc tutaj duży plus za sam wygląd. Design każdej z nich jest idealnie dopasowany do zawartości. Pojemność kapsułki to 10 ml - więc całkiem sporo, sama używałam ich 'na dwa razy' :) Składy masek na pewno nie powalają naturalnością i kupując maski należy się liczyć z typowo drogeryjnymi składami.

Wersje jakie posiadam to:
  • WYGŁADZAJĄCA - kwas hialuronowy i algi 
Swoją przygodę z tymi maseczkami rozpoczęłam od niebieskiej wersji, gdyż ta ciekawiła mnie najbardziej. Niebieskie opakowanie i rzekoma obecność alg sprawiła, że liczyłam na przyjemny, letni morski zapach. Niestety nieco się przeliczyłam, bo był on dość alkoholowy i bardziej perfumowany niż taki na jaki liczyłam. Mógłby być milszy, ale nie ma tragedii :D Konsystencja była przyjemna i żelowa - bez problemu się nakładała. Jednak od razu po nałożeniu przy obydwóch użyciach maska spowodowała dość konkretne pieczenie. Jednak nie zrażając się trzymałam ją na buzi i po chwil ono zniknęło. Na całe szczęście mnie nie podrażniła, ani nie spowodowała wysypu niedoskonałości. Cera po zmyciu maski (tak, wciąż nie jestem przekonana do tych niezmywalnych :D) była rzeczywiście przyjemnie wygładzona, odrobinę nawilżona i przede wszystkim jakby rozświetlona, co szczególnie mi się spodobało :)

  • ODŻYWCZA - miód i skórka cytryny

Kolejną wersją jaką wypróbowałam była odżywcza, która podobnie jak i poprzedniczka miała przyjemną żelową konsystencję :) Zapach może i przypominał miód, ale był nieco sztuczny. Po nałożeniu w przypadku tej maski szczypanie było dużo łagodniejsze i raczej krótkotrwałe. Skóra po użyciu była przede wszystkim miękka i gładka. Można powiedzieć, że nawet delikatnie nawilżona i odżywiona - jednak był to efekt raczej krótkotrwały i niezbyt spektakularny. Ogólnie była taka nijaka - ani nie szałowa, ani nie wyrządziła mi krzywdy.

  •  ROZŚWIETLAJĄCA - złota glinka i masło shea

Ostatnia z maseczek - wersja rozświetlająca już nieco różniła się od pozostałych dwóch maseczek opisanych wyżej. Zaczynając od konsystencji - nie była ona typowo żelowa jak w pozostałych, ale bardziej kremowa o brązowo - pomarańczowym zabawieniu. Przed otwarciem myślałam, że można spodziewać się w niej drobinek rozświetlających, ale takowych nie było. Zapach był śliczny! W przeciwieństwie do powyższej dwójki tutaj nie mam się czego przyczepić, bo był bardzo ładny i zarazem bardzo specyficzny. Zupełnie nie wiem do czego go przyrównać.. :D Początkowo czułam w nim jakiś syrop dla dzieci, a ostatecznie zakwalifikowałabym go do takich owocowo - kwiatowych zapachów. Kolejna różnica to to, że maskę rozświetlającą zmywamy w przeciwieństwie do dwóch pozostałych (chociaż ja także i je zmywałam :P). Po pierwszym użyciu zauważyłam, że podobnie jak w pozostałych dwóch wersjach tak i teraz cera była wygładzona i mięciutka. Jednak kolejnego dnia wieczorem zauważyłam, że moja twarz woła wręcz o dawkę nawilżenia - zauważyłam sporo suchych skórek. Za drugim razem już nie zauważyłam barku nawilżenia, ale efekty były podobne - cera zyskała na gładkości i była nieco uspokojona :) Rozświetlenia specjalnie nie odnotowałam.

Podsumowując bardzo się cieszę, że miałam okazję wypróbować te maseczki, bo ich używanie sprawiło mi sporo radości. Świetny pomysł także z oryginalnymi opakowaniami - za to należy się na prawdę duży plus! Żadna z masek nie wyrządziła mi krzywdy i w sumie każda była bardziej lub mniej przyjemna. Najlepiej wspominam wersję wygładzającą, później rozświetlającą, a na końcu odżywczą. Na pewno będę chciała wypróbować też pozostałe 3 wersje, czyli złuszczającą, liftingującą i wzmacniającą. Jeśli tylko zobaczę je gdzieś stacjonarnie to na pewno wpadną do mojego koszyka i zrobię z nimi podobne zestawienie ;) Póki co widziałam je w sklepach internetowych - na ezebra kosztują 4 zł za sztukę, więc całkiem nieźle. 

Miałyście okazję wypróbować już te maseczki? Jak się u Was sprawdziły?
Czytaj dalej

Etykiety

4 pory roku AA Alterra alverde anatomicals avon Balea Balmi balsam do ciała balsam do ust Barwa bebeauty bell Bi-es Bielenda Biolove buna catrice celia ciało cienie do brwi denko dermena dm Dr.Konopka's ecocera efektima elfa-pharm eos essence Eveline Evree Farmona film Flormar Garnier gliss kur Golden Rose Green Pharmacy hean Himalaya hity roku Holika holika Ingrid Isana Jantar Joanna Kallos kobo kolastyna kolorówka korektor pod oczy kosmetyczne premiery kosmetyczni ulubieńcy krem bb krem cc krem do rąk krem do twarzy krem pod oczy książki kulturalne podsumowanie roku L'biotica La Rive lakier do paznokci lemax lifestyle Lirene liście manuka Loreal lovely Luksja Makeup Revolution makijaż Marion mariza maseczka do twarzy maseczki w płachcie maska/odżywka do włosów masło do ciała Maxfactor Maybelline mini recenzje miss sporty Miya miyo mus do ciała muzyka my secret mydło do ciała i włosów Nacomi naklejki wodne Natura Estonica naturalnie Neutrogena niekosmetyczni ulubieńcy nivea nowości oceania odżywka do paznokci Oillan olej do włosów olejek do twarzy Organic shop Organique organizacja oriflame Originals Palmolive paznokcie peeling peeling do rąk peeling do skóry głowy peeling do twarzy perfecta Petal Fresh pianka do twarzy pianka pod prysznic pielęgnacja pielęgnacja twarzy planet spa płyn micelarny podkład podróże pomadka promocja na kolorówkę w Rossmannie promocja na pielęgnacje twarzy w Rossmannie prywatnie Przegląd kulturalny przegląd marki puder Rimmel Rival de Loop rosyjskie kosmetyki bani agafii Sally Hansen Seche Vite selfie project serial serum skarpetki złuszczające soraya Stara Mydlarnia Sylveco szampon tag tanie kosmetyki Tatry tołpa tonik top coat treaclemoon Tutti Frutti twarz Ulubione blogi usta Venus Vianek Vipera wcierka wibo wieczorna pielęgnacja wishlista włosy wygląd bloga wyjazdowa kosmetyczka wzorki na paznokciach Yves Rocher zagraniczne kosmetyki ziaja żel aloesowy żel do brwi żel pod prysznic
me & my passions © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka