Borówkowy mus do ciała BioLOVE - czy na pewno?

Heeeej :)
Kosmetyki Biolove w ostatnim czasie zyskały całkiem sporą popularność i podobną ilość fanów. Sama miałam okazję poznać kilka produktów z ich oferty m.in. balsam w spreju i peeling do ciała. O obydwóch kosmetykach mogliście już przeczytać na moim blogu, natomiast dzisiaj chciałam przedstawić Wam kolejny - borówkowy mus do ciała. Muszę przyznać, że już od samego początku miałam co do niego mocno mieszane uczucia i w sumie do tej pory jeszcze nie wiem czy potrafię jasno określić moje odczucia co do niego :D Jeśli jednak jesteście ciekawe co mnie w nim zachwyciło, a co przeciwnie to zapraszam do czytania :)
Już niejednokrotnie wspominałam Wam, że jestem zachwycona szatą graficzną tej marki. Wygląd kosmetyków jest minimalistyczny, ale jednak wyróżnia się na tle innych :) Nasz mus znajduje się w plastikowym, zakręcanym słoiczku o pojemności 150 ml. Dodatkowo pod wieczkiem znajduje się plastikowe zabezpieczenie.
Już po odkręceniu słoiczka da się wyczuć piękny borówkowy zapach. Sama porównałabym go do jogurtu jagodowego. Ale spotkałam się też z skojarzeniem jego woni z zapachem jogowafli i także jest to całkiem trafne porównanie :) Ogólnie jest on mega przyjemny dla nosa, nie chemiczny i zdecydowanie umilający aplikację. Należy do jednego z najpiękniejszych zapachów jakie spotkałam w kosmetykach :)
Nie wiem jak Wam, ale mi mus kojarzy się z leciutką, aksamitną, wręcz chmurkową konsystencją. No i rzeczywiście tak określiłam ją jak tylko ją zobaczyłam po raz pierwszy. Jednak jakie było moje zdziwienie jak okazało się, że zamienia się ona pod wpływem ciepła w gęsty olejek. Jeśli czytacie mnie dłużej to doskonale wiecie, że za olejkami do ciała nie przepadam.. Bardzo więc żałuję, że piankowa konsystencja jest w sumie obecna tylko w opakowaniu, a przy aplikacji czar pryska i zamienia się w niezbyt przyjemny (jak dla mnie) olejek.
Wszystko byłoby jednak fajnie, gdyby jeszcze olejek wchłaniał się w miarę szybko, a tutaj jest wręcz przeciwnie.. W sumie mam wrażenie, że praktycznie się on nie wchłania. Nie wyobrażam więc sobie go stosować latem, czy ogólnie rano. W zimniejsze wieczory, gdy zaraz po balsamowaniu wkładamy piżamkę jest do zniesienia. W sumie po czasie idzie się przyzwyczaić i muszę stwierdzić, że już tak nie przeszkadza :D
Muszę jednak przyznać, że działanie może nam sporo zrekompensować, bo nawilża on na prawdę porządnie! Zaliczyłabym go do jednego z najlepiej nawilżających balsamów. Podejrzewam, że nawet mocno wymagające osoby z suchą skórą będą zadowolone. U mniej wymagających osób pewnie sprawdzi się stosowany nawet np. co 2 dzień :) Na plus także zasługuje naturalny skład pełen dobroci i olejków.
Teraz gdy skończyłam cały słoiczek muszę stwierdzić, że całkiem polubiłam się z tym produktem mimo wszystko. Pewnie głównie to zasługa zapachu sprawiła, że chętnie po niego sięgałam.. Chociaż uważam, że na pewno nie jest to produkt do stosowania przez cały rok. W zimniejszych miesiącach jest na prawdę fajnym rozwiązaniem :) Sama jestem ciekawa pozostałych wersji zapachowych. 
Zarówno mój mus jak i inne kosmetyki marki znajdziecie w drogerii internetowej Kontigo. Stacjonarnie są do dorwania w Warszawie i Poznaniu jeśli się nie mylę. Część wersji zapachowych tych musów z tego co wiem pokrywa się z tymi z oferty Nacomi - są to siostrzane marki :)

Znacie musy Biolove? Może możecie je porównać z Nacomi? Jakie wersje zapachowe miałyście okazje wypróbować?
Czytaj dalej

Maseczka z zieloną glinką od Eveline - alternatywa dla klasycznych glinek!?

Heeeej :)
Jak wiecie jestem fanką wszelkich maseczek do twarzy, przetestowałam ich już sporo, a jeszcze więcej przede mną :D Nie tak dawno wykończyłam maseczkę z glinką zieloną od Eveline, która jest stosunkową nowością na drogeryjnych półkach. Jeśli jesteście ciekawe jak wypadła w porównaniu z klasycznymi glinkami, które wcześniej stosowałam to zapraszam do czytania.
Maseczka znajduje się w szklanym słoiczku - jeśli o mnie chodzi średnio lubię akurat opakowania szklane. Kupujemy ją zapakowaną dodatkowo w kartonik na którym znajdują się wszelkie potrzebne nam informacje.
 Zapach jest bardzo delikatny i raczej miły dla nosa. Powiedziałabym nawet, że rzeczywiście czuć delikatnie zieloną herbatę przez co jest on nieco bardziej przyjemny od tego w klasycznych glinkach :) Konsystencja maseczki jest typowo kremowa i tu także wypada lepiej od glinek, bo nie zasycha tak szybko na 'skorupę'. Nie ma problemów więc z jej zmywaniem.
Producent informuje nas, że pojemność 50 ml powinna nam wystarczyć na 12 zabiegów. Sama starałam się liczyć ile razy używam maseczki, ale szczerze mówiąc średnio mi to wyszło :D Ale rzeczywiście liczba użyć była bliska 12 i raczej znacząco jej nie przekroczyła..
 Przy używaniu jej na zmianę z innymi produktami używałam jej ok. 2 miesiące. Zdążyłam więc ją dokładnie przetestować. O obietnicach producenta możecie przeczytać na zdjęciu wyżej. W skrócie cera po jej zastosowaniu powinna być oczyszczona i wygładzona. O ile z drugą obietnicą się w zupełności zgadzam to z pierwszą już tak średnio. To nie tak, że maseczka nie oczyszcza.. Robi to na prawdę delikatnie - tak, że kolejnego dnia nie widzę już większych efektów. Za to wygładzenia nie mogę jej odmówić, bo twarz po jej użyciu jest mięciutka, a sam koloryt jest wyrównany. Dodatkowo po użyciu zyskujemy fajne zmatownie cery.  Na dłuższą metę jednak nie zanotowałam zmniejszenia produkcji sebum, czy zwężenia porów.
Maseczka jest więc nie najgorszą opcją na małe domowe spa, jednak jeśli oczekujemy mocnego oczyszczenia to możemy się dość mocno zawieść. Znam bowiem w tej kwestii sporo dużo lepszych masek jak np. babuszki agafii, czy właśnie same glinki :)
Produkt kupicie w cenie regularnej za ok. 20 zł, ale warto szukać jej na promocjach. Z dostępnością nie powinno być problemu - sama kupiłam ją w hebe, ale też na pewno w Rossmannie jest dostępna :) Wiem, że w ofercie marki znajduje się także wersja węglowa i pewnie nie omieszkam sama jej wypróbować. Być może ona wypadnie nieco lepiej od tej koleżanki :D

Znacie już maseczki Eveline? Jak u Was się sprawdziły?
Jakie inne maseczki jesteście w stanie mi polecić? :)
Czytaj dalej

Nowości w mojej kosmetyczce - czy udało mi się przeżyć październik i listopad za 50 zł?

Heeej :)
Kilka dni temu zaczął się jeden z moich ulubionych miesięcy w ciągu roku, więc najwyższy czas podsumować moje kosmetyczne zakupy z dwóch poprzednich miesięcy. Nadal próbuję zmieścić się w ustalonym limicie 50 zł, ale doskonale wiecie, że różnie mi to dotychczas wychodziło :D Jeśli jesteście ciekawe czy tym razem mi się udało to zapraszam do czytania! :)
Zanim przejdziemy do moich zakupów, na zdjęciu wyżej możecie zobaczyć nagrodę z instagramowego rozdania u Kasi. Muszę przyznać, że bardzo ucieszyłam się, gdy dowiedziałam się, że będę miała okazję przetestować nowe maseczki od Lirene. Już teraz mogę Wam zdradzić, że bardzo przypadły mi do gustu :) Więcej przeczytacie za jakiś czas w zbiorczym zestawieniu, jak tylko wypróbuję wszystkie rodzaje.
Początkiem października w hebe ruszyła promocja -40% na pielęgnacje twarzy, więc skorzystałam z okazji kupując moje ulubione serum z Bielendy. Zapłaciłam za nie 15 zł. Jako, że skończyła się mi glinka w koszyku wylądowała maseczka Eveline z zieloną glinką. Od jakiegoś czasu już chciałam ją kupić, więc teraz nadarzyła się okazja idealna :D W promocyjnej cenie dałam za nią 13,20 zł.  Innym razem skusiłam się w promocji na stosunkowo nową wersję maski kallos (ok. 9 zł).
Na powyższym zdjęciu możecie z kolei zobaczyć całe moje zakupy z promocji na kolorówkę w Rossmannie. Przy zamówieniu online skusiłam się na sławny tusz Maybelline (16,65 zł). Dodatkowo w cnd (1,80 zł) dorwałam maseczkę Bielendy - ostatnio bardzo polubiłam się z ich saszetkami :) Podkład Lirene (15,75 zł) zamówiłam online, ale że nie było go na magazynie to udało mi się go dorwać stacjonarnie. Na promocji skusiłam się też lakier miss sporty (3,15 zł) w pięknym kolorze i ulubiony zmywacz 'na zapas'. On dodatkowo był w promocji więc wyszedł mega tanio, nie pamiętam ile dokładnie kosztował, ale na pewno mniej niż 1,80 zł.
Pierwsze listopadowe zakupy to same niezbędniki i następcy kończących się produktów. Jak wiecie bardzo lubię mydełka z Elfa pharm, więc tym razem postanowiłam wypróbować kolejną wersję. Zapomniałam jednak, że dziegieć nie zachwyca zapachem, aleee jakoś zużyje ;D Mydło kosztowało 3,60 zł. Szampon babuszki także widzicie nie pierwszy raz, tym razem jest to wersja tonizująca (5,90 zł). Peeling z Selfie project kusił mnie od jakiegoś czasu, więc jak tylko trafiła się promocja nie wahałam się zbyt długo nad zakupem (ok. 11,50 zł).
W listopadzie w jednej z drogerii natrafiłam też na obniżkę -40% na markę Eveline, wzięłam więc na wypróbowanie dwie maseczki. Niebieska, naprawcza wyszła po 1,10 zł, a rozświetlająca 1,80 zł - kosztowały więc grosze :D
Na zdjęciu wyżej widzicie m.in. małe prezenty od siebie dla siebie jako nagrodę za małe sukcesy listopadowe :DD Postanowiłam spełnić dwa moje chciejstwa --> peeling Organic shop i korektor catrice. Peeling kusił mnie od dawna, a że była promocja to wykorzystałam okazję i zamiast nieco ponad 30 zł zapłaciłam 26 zł. Korektor kupiłam już w 'normalnej' cenie 15 zł :)
Masełko Bielendy przybyło do mnie z kolei przy okazji promocji 1+1 na zestawy w Rossmannie. Robiłam wtedy w sumie zakupy zbiorowe, ale dla mnie trafiło tylko to to masło. Po przeliczeniu kosztowało mnie jakieś 7 zł.
Z okazji czarnego piątku, drogeria hebe kusiła nas całkiem fajnymi obniżkami -50% m.in. na Bielende. Jako, że jest to jedna z moich ulubionych marek kosmetycznych nie mogłam odmówić sobie zakupów :D Głównym celem było kupno ulubionego serum (tak, już 2 butelki w tym zestawieniu :D) (12,50 zł) i płynu micelarnego. Jednak tym razem zamiast ulubionej niebieskiej - nawilżającej wersji skusiłam się na stosunkowo nową z serii zielona herbata (8,20 zł). Dodatkowo do koszyka wpadła maseczka peel off z węglem. Kosztowała 2,50 zł, więc jak dla mnie duuuuużo korzystniej wypadł jej zakup niż w cenie regularnej --> 5 zł :) Pewnie gdyby były dostępne jeszcze inne rodzaje tych nowszych maseczek to skusiłabym się i na nie.. :D W koszyku wylądował też dezodorant dove. Bardzo je lubię, ale akurat tej wersji jeszcze nie miałam - kosztował 5 zł.

Na koniec zostawiłam najlepsze.. :D Kilka dni temu udało mi się wygrać kalendarz adwentowy Douglasa na blogu perfect foundation. Z czego się mega ucieszyłam, bo zawsze chciałam taki kosmetyczny kalendarz i w końcu moje małe kosmetyczno - świąteczne marzenie się spełniło. Dziękuję! ♥ Zdjęcie dodaje z internetu, bo paczka jeszcze do mnie idzie :)

Sumując wydatki: październik--> ok.76 zł, listopad --> ok. 100 zł. Cóż trochę mi się poszalało, ale.. nie żałuję :DD Jestem wręcz zadowolona, bo większość kosmetyków zakupiłam w całkiem niezłej cenie :)

Co Was najbardziej zaciekawiło? Znacie coś z moich nowości? Jak u Was sprawdzają się te produkty? :)
Czytaj dalej

Przegląd kulturalny - październik, listopad.

Heeej :) 
W październiku nie ukazał się post z przeglądem kulturalnym, bo nie miałam zbyt wiele do pokazania, więc dzisiaj zapraszam Was na dwumiesięczne zestawienie :) Jeśli jesteście ciekawe jakie filmy obejrzałam i jaka muzyka mi towarzyszyła przez te miesiące to zapraszam!

Muzyka
 Ed Sheeran - Perfect


KORTEZ - Nic Tu Po Mnie


Ania Dąbrowska - Z Tobą Nie Umiem Wygrać 

Sarsa - Motyle i Ćmy

Przy wyborze muzycznych propozycji do dzisiejszego zestawienia miałam utrudnione zadanie, bo było ich na prawdę sporo w ciągu tych dwóch miesięcy.. 
Na początek klasyk, który towarzyszy mi do dzisiaj od samego października czyli Ed z piosenką Perfect. Największym odkryciem tych miesięcy z kolei jest utwór Nic tu po mnie Korteza♥ Bardzo lubię twórczość Ani Dąbrowskiej, więc i jej nowa piosenka wpadła mi w ucho (chociaż powoli w sumie zaczyna mi się nudzić :D). Sarsy z kolei nie jestem jakąś wielką fanką, aczkolwiek zamieszczona propozycja nawet jej się 'udała' :D

Filmy
http://www.filmweb.pl/film/Prze%C5%82%C4%99cz+ocalonych-2016-658802
 Przełęcz ocalonych
Schyłek II wojny światowej. Podczas krwawej bitwy o Okinawę amerykański sanitariusz odmawia noszenia broni i zabijania z powodów moralnych.
Już na sam początek mam dla Was prawdziwą perełkę w tym zestawieniu i ogólnie wśród filmów jakie widziałam. Obejrzeliśmy go z bratem w sumie ze względu na wysokie 37 miejsce w rankingu najlepszych filmów filmwebu. Sama nie jestem do końca przekonana do filmów wojennych, ale ten film nie do końca w sumie jest typowym filmem z tego gatunku. Opowiada o wierze, miłości o wojnie, a zdanie z plakatu idealnie go opisuje. Mimo, że trwa ponad 2 h praktycznie nie nudziłam się oglądając go, a wiele momentów może poruszyć widza. Zdecydowanie jest godny polecenia i wyróżniający się na tle innych! :)

http://www.filmweb.pl/film/Labirynt-2013-507169
Labirynt
6-letnia córka Kellera Dovera i jej koleżanka zostają uprowadzone. Zirytowany bezradnością policji ojciec bierze sprawy w swoje ręce.
Tutaj kolejny film obejrzany z bratem, kolejny wysoko w rankingu filmwebu i w sumie.. kolejna godna uwagi propozycja. Tym razem mamy dobry thriller trzymający widza w napięciu. Nawet mój brat który zazwyczaj w filmach z tego gatunku szybko domyśla się zakończenia, tutaj nie do końca go przewidział :D Tak więc jeśli lubicie filmy, gdzie do końca nie wiadomo jak ich fabuła się skończy to będzie to idealna propozycja dla Was. No i samo umieszczenie go wśród 500 najlepszych filmów przemawia za tym, że jest to ciekawa propozycja :)

http://www.filmweb.pl/film/You+Get+Me-2017-768966
You get me
Tutaj całkiem inna propozycja i średnio udana.. Jak dla mnie to taka typowa, wręcz banalna szkolna historia, z których chyba już wyrosłam :D Było wiele filmów w podobnej jeśli nie identycznej tematyce, nawet zakończenie jest łudząco podobne do innych podobnych do tego filmów. W skrócie dziewczyna z problemami psychicznymi zakochuje się w 'zajętym' facecie.. - chyba nawet po tym jesteście w stanie domyśleć się zakończenia!? :D Ta propozycja akurat netflixowi wyszła bardzo słabo. 


http://www.filmweb.pl/film/Sms+do+ciebie-2016-778918
Sms do Ciebie
Clara nie potrafi pozbierać się po śmierci ukochanego. Ciągle wysyła wiadomości na numer należący do zmarłego. Nie wie, że numer został przydzielony owdowiałemu dziennikarzowi Markowi.
Na koniec mam dla Was raczej nie znaną propozycję, bo nawet na filmwebie posiada niewiele głosów. Jest jednak warta obejrzenia jeśli szukacie niewymagającego filmu i lubicie komedie romantyczne. Na uwagę zaskakuje przede wszystkim ścieżka dźwiękowa, która nadaje filmowi fajny klimat. Aktorzy też świetnie grają swoje role, a w samym filmie jest kilka zabawnych momentów. Więc jeśli tylko lubicie ten gatunek to myślę, że możecie się po prostu dobrze bawić oglądając go ;)

To już wszystkie propozycje - coś jest Wam znane? Do obejrzenia któregoś filmu Was zachęciłam?
Może sami jesteście w stanie mi coś polecić godnego obejrzenia? :)
Czytaj dalej

Nawilżający peeling cukrowy Tutti frutti, czyli o jednym z większych kosmetycznych rozczarowań..

Heeeej :)
Nie ma chyba osoby, która nie miałaby sławnych peelingujących maluszków od Farmony, lub chociaż nie słyszała o ich serii Tutti Frutti. Sama byłam swego czasu fanką tych małych zdzieraków, więc gdy rok temu w ofercie marki pojawiły się nowe peelingi w tubce nie mogłam sobie odpuścić zakupu. Rok temu skusiłam się na wersję kokos i ananas (balsam i peeling 2 w 1), który zapachowo specjalnie mi nie podpasował. Jednak nie zrażając się sięgnęłam po wersję truskawkowo-pomarańczową, która będzie bohaterem dzisiejszego wpisu. Jesteście ciekawe jak wypadła, albo raczej dlaczego nie przypadła mi do gustu (jak można domyśleć się po tytule wpisu)? Jeśli tak to zapraszam dalej :)
 Opakowanie to przeźroczysta tubka o kolorowym i miłym dla oka wyglądzie. Plastik jest miękki i nie sprawia problemów przy używaniu. W kokosowej wersji trudno było wydobyć produkt, bo w tubie było sporo powietrza - tutaj jednak nie ma tego problemu. Pojemność peelingu to 210 g.
Nie wiem jak Wam, ale mi cała seria tutti frutti kojarzy się z pięknymi, naturalnymi owocowymi zapachami. Jednak ich 'nowe' peelingi nie pachną naturalnie, ani nawet specjalnie owocowo. W tej wersji nie wyczuwam ani pomarańczy, ani truskawki.. Zapach jest sztuczny i 'mydlany' - myślę, że to określenie idealnie do niego pasuje.. W drugiej wersji kokos był może wyczuwalny, ale w takiej 'ciężkiej' i chemicznej wersji.
Jeśli chodzi o samą konsystencję to peeling jak dla mnie jest po prostu gęstym żelem z średnią ilością drobinek cukru i jeszcze mniejszą ilością innych - czerwonych drobinek. Na pewno nie należy on do mocnych zdzieraków, ale takich, których możemy używać nawet codziennie.
Mimo to ładnie radzi sobie z wygładzeniem skóry, nie zostawia tłustej warstwy, a po jego użyciu sprawia ona wrażenie nawet delikatnie nawilżonej. Jednak mimo wszystko od produktów tego typu oczekuję ładnych zapachów oprócz przyzwoitego działania, a tutaj ten produkt jednak zawodzi dość mocno! Jeśli chodzi o cenę to kupiłam go za ok. 12 zł w mniejszej drogerii.
 Znacie te peelingi Farmony? Jak u Was się sprawdziły?
Czytaj dalej

Kosmetyczni ulubieńcy - jesień 2017 r.

Heeeej :)
Jesień już w sumie od dobrych tygodni trwa w najlepsze, więc najwyższy czas na 'krótkie' podsumowanie kosmetyków, które umilają mi tą porę roku. A mają co umilać, bo to u mnie najmniej lubiana pora roku. Mimo wielu prób przekonania się do niej, chyba nie jestem w stanie jej pokochać.. :D
Za to w tym roku nie miałam problemu z wyborem jesiennych perełek :) Jeśli jesteście ciekawe co tym razem dla Was mam to zapraszam dalej.

Na wstępie dodam, że musicie mi wybaczyć różną jakość zdjęć, niestety jesienna pogoda im także nie sprzyja, bo szybko zmienia się światło :(

BRZOSKWINIOWY ŻEL POD PRYSZNIC Z PEREŁKAMI OLEJU - BALEA
Zacznę od produktu, który od razu przyszedł mi na myśl jak zastanawiałam się nad postem z ulubieńcami. Jak wiecie jestem fanką żeli Balea. Większość z nich jest na prawdę udana i zachwyca swoimi oryginalnymi zapachami. Chociaż zdarzają się też średnio udane wersje (jak ostatnia limitka i wariant kokosowy)..  Jednak żel z powyższego zdjęcia zdecydowanie zalicza się do tej pierwszej grupy :) Jego największy atut to przepiękny, naturalny zapach brzoskwini, czy też świeżo wyciśniętego soku brzoskwiniowego ♥ Zdecydowanie umila jesienne wieczory :)


Pamiętam doskonale, że w poście z recenzją tego podkładu wymieniłam kilka jego wad. Jednak ostatnio zdałam sobie sprawę, że jest to na prawdę fajny produkt! :D Dostałam nawet komplement od koleżanki na temat tego jak wygląda na twarzy.. Bowiem trzeba mu to przyznać, że prezentuje się bardzo naturalnie i nie czuć w ciągu dnia, że cokolwiek mamy na twarzy. Na co zresztą szczególnie zwracam uwagę wśród podkładów. Polubiłam też go za ładny kolor z żółtymi tonami i lekko matowe wykończenie. Dodatkowo zauważyłam, że teraz - jesienią całkiem nieźle 'trzyma się' na twarzy, nie wymaga większych poprawek. Chociaż tutaj to może też zasługa pudru ryżowego z ekocery :D Jednak wszystko pięknie jeśli mamy cerę w dobrej kondycji, bez większych niedoskonałości.. Przy gorszych dniach lubi podkreślać suche skórki - tutaj nic się nie zmieniło :D


REGENERUJĄCA MASKA Z OLEJKIEM ROZMARYNOWYM - LIRENE
Wybaczcie, że pokazuję Wam pustą saszetkę, ale w tym wypadku dziwne w sumie byłoby gdybym pokazywała ją zaraz po kupnie :D Powyższa maseczka to powód moich ostatnich zachwytów. W sumie nakładając ją nie liczyłam na wiele, a jednak pozytywnie mnie zaskoczyła. Przepięknie wygładziła i wyciszyła moją cerę, ale też i zregenerowała ją właśnie. Zaskoczeniem było to, że taki efekt utrzymywał się kolejnego dnia - co bardzo rzadko zdarza się przy jednorazowych maseczkach. Nie mogę się doczekać testowania pozostałych wariantów tych maseczek i nie omieszkam podzielić się swoimi wrażeniami na temat tych nowości w osobnym poście! Także jeszcze o niej 'usłyszycie' :D


Produkt, o którym pisałam nie tak dawno, jednak nie mogłam o nim zapomnieć i w tym zestawieniu :) Bardzo polubiłam się z jego konsystencją, która tworzy na włosach mnóstwo piany. Dodatkowo lubiłam efekt oczyszczonych i delikatnie nawilżonych włosów po jego użyciu, nawet wtedy gdy nie sięgałam po maskę. Po jego użyciu włosy zawsze prezentowały się zaskakująco dobrze :)


SECHE VITE, LAKIERY GOLDEN ROSE I MISS SPORTY
Dawno nie pisałam tutaj na tematy paznokciowe, a przecież maluję paznokcie praktycznie non stop.. Dlatego postanowiłam wspomnieć tym razem o 3 produktach, które szczególnie przypadły mi do gustu w ciągu ostatnich miesięcy. 
Na pierwszy rzut - seche vite.. Po skończeniu kolejnej buteleczki insta dri postanowiłam sięgnąć po coś innego. Ten gagatek był doskonałym wyborem, bowiem szybko radzi sobie z wysuszeniem lakieru i nadaje mu piękny połysk. Do tego oczywiście przedłuża jego trwałość - nawet do tygodnia :) 
Jeśli chodzi o lakiery to szaraczek z GR to jeden z moich ulubionych lakierów, który jest ze mną już od jakiegoś czasu. Jednak na początku miałam z nim pewien problem - szybko odpryskiwał z paznokci.. Jednak odkąd używam SV nie mam z tym problemu, więc tutaj kolejny duży plus dla tego produktu! :) Wracając do lakieru - uwielbiam jego kolor i bardzo często sięgam po niego właśnie jesienią. Miss sporty z kolei to mój najnowszy nabytek, który wypatrzyłam na insta i już wtedy bardzo mi się spodobał. Muszę jednak napisać, że zdjęcie nie oddaje jego koloru - na nim wygląda dość zwyczajnie :D W rzeczywistości ma większą 'moc' i powiedziałabym, że wpada w nieco fioletowe tony (?). Przepięknie wygląda na dłuższych paznokciach i jak go nosiłam to dostawałam sporo pochwał na jego temat :) Pokazywałam go jakiś czas temu na moim ista - więc jeśli jesteście ciekawe jak wygląda to tam go możecie poszukać. 

Tak wygląda tym razem gromadka ulubieńców - swoją drogą dość różnorodna, bo znalazło się coś do włosów, twarzy, ciała i nawet kolorówka :)
Coś Wam jest znane? Na coś Was skusiłam? Jakie produkty Wam ostatnio szczególnie przypadły do gustu? :)
Czytaj dalej

Czarne mydło do ciała i włosów - Bania Agafii.

Heeeej :)
Chyba nie ma osoby, która nie słyszałaby o czarnym mydle do ciała i włosów.. Swego czasu było ono bardzo popularnym produktem w blogosferze, że i ja zachęcona opiniami chciałam go wypróbować. 'Chciejstwo' zwiększał jeszcze fakt, że miałam okazje wcześniej wypróbować podobny produkt - mydło miodowe, który się świetnie u mnie sprawdził :) Pisałam nawet o nim na blogu, w tym poście. Niedawno czarne mydło widziałyście w ostatnim denku, więc czas najwyższy napisać o nim krótką opinię.
Produkt znajduje się w półlitrowym plastikowym, zakręcanym słoiczku. Jeśli chodzi o  wygląd to jest on 'spójny', utrzymany w zielonej kolorystyce. Wszystkie informacje na opakowaniu są w języku rosyjskim, ale jest też dodatkowo nalepka w naszym języku z podstawowymi informacjami. Niestety namaka ona pod wpływem wody i pod koniec użytkowania już jej nie ma..
Zapach mydła jest typowo ziołowy, chociaż dla mnie przebijają też kwiatowe nuty. Ogólnie określiłabym go jako neutralny dla nosa i raaaaczej przyjemny :) Chociaż... zdaję sobie sprawę, że przy tak dużej pojemności może się znudzić.
Po odkręceniu pierwsze co zwraca naszą uwagę podczas aplikacji to.. liście zatopione w żelu. Początkowo byłam pewna, że są sztuczne, jednak to nic bardziej mylnego - są jak najbardziej 'prawdziwe' :D Jak dla mnie fajna sprawa i bardzo oryginalny pomysł - raczej nie spotykany wśród kosmetyków. No i potwierdza 'naturalność' naszego kosmetyku.. ;)
Konsystencja mydła jest typowo żelowa, powiedziałabym, że 'glutkowata'. Dzięki czemu nasz produkt jest na prawdę wydajny. Wystarczy niewielka ilość, a on już bardzo dobrze się pieni. Muszę przyznać, że mydło polubiłam także dzięki właśnie tej charakterystycznej konsystencji :)
Przechodząc do samego działania, zacznę od tego, że sama używałam głównie mydła jako szamponu do włosów. Byłam bardzo z niego zadowolona w tej roli - dobrze oczyszczał włosy, nawet po olejowaniu. Przy tym był on dużo delikatniejszy od drogeryjnych szamponów dzięki przyjemnemu składowi. Zdarzało się, że nie użyłam po nim maski/odżywki, a włosy i tak super się po nim prezentowały i nie  miałam nawet wielkich problemów z ich rozczesaniem :) 
Próbowałam go używać także do mycia twarzy i tu także się sprawdził. Myślę, że z powodzeniem można by go też używać zamiast żelu pod prysznic, ale sama wolę w tej kwestii  owocowe zapachy.
Jeśli chodzi o dostępność to mydło znajdziecie na pewno w sklepach z naturalnymi kosmetykami, ale także w mniejszych drogeriach mających w ofercie rosyjskie kosmetyki. Jeśli się nie mylę to właśnie w takim sklepie ostatnio widziałam nasz produkt za ok. 25 zł. Powinien być on także dostępny w hebe, bo widziałam tam białe mydła niedawno, więc może i czarne jest w ofercie ;)

Znacie ten produkt? Jakie mydła do włosów i ciała miałyście okazje używać? Jak się u Was sprawdziły?
Mnie osobiście teraz kusi białe - macie z nim jakieś doświadczenia? :D
Czytaj dalej

Kosmetyczne premiery, czyli co nowego czeka nas w listopadzie w drogeriach? (cz.2)

Heeej :)
Pierwszy post (klik!) z serii kosmetycznych premier cieszył się całkiem niezłym zainteresowaniem. Czemu w sumie się specjalnie nie dziwie, bo sama lubię czytać o wszelkich nowinkach kosmetycznych :D W ankiecie, którą przeprowadziłam z okazji urodzin bloga ta tematyka wpisów także zyskała sporą ilość głosów. Nawet przy uwagach pisałyście o większej ilości wpisów z tej serii.. Dlatego postanowiłam, że będę starać się pisać ich więcej niż 4 w roku, jak miałam w planach :) Uznałam dodatkowo, że fajnie teraz przyjrzeć się listopadowym premierom, w końcu niedługo grudzień - mikołajki, święta.. Być może w tym poście zainspiruję Was do jakiegoś fajnego prezentu dla kogoś lub.. siebie!? :D Tak więc, bez przedłużania zaczynamy!
Zacznę od jednej z moich ulubionych kosmetycznych firm, czyli Bielendy. Ostatnimi czasy kusi ona swoimi nowymi seriami. Zaraz po linii z zieloną herbatą marka wypuściła serię kokosowo - aloesową. Jako wielka fanka kokosa pod każdą postacią czuje się mocno zainteresowana tymi produktami. Oprócz 'klasycznych' kosmetyków typu płyn micelarny, olejek, kremy, maseczka Bielenda wprowadziła także i całkowitą nowość do swojej oferty - nawilżającą mgiełkę do twarzy i ciała. 
 Kolejna nowość marki to swojego rodzaju rozszerzenie serii carbo detox. Do kosmetyków z czarnym węglem dołącza ta 'biała' trójka. Mimo, że pasta w wersji czarnej średnio się u mnie sprawdziła to pewnie i tak wypróbuję tą jasną wersję :D
Wśród listopadowych nowości Bielendy znalazły się też dwa kremy uniwersalne w wersji różanej i aloesowej. Nieco dłużej musimy poczekać na nową wersję masła do ciała z serii Vegan friendly z beta-karotenem. Pojawić się ma ona bowiem dopiero w lutym.

Maseczki z aktywnym węglem wprowadza do swojej oferty także i marka Eveline. Oprócz tego już w tym miesiącu możemy szukać w drogerii nowej wersji płynu micelarnego, z aloesem.
Całkiem ciekawie wyglądają też nowości od Evree, która rozszerza serię black rose. Do maski do twarzy dołączają: krem-maska na noc, eliksir i olejek. Sama najpierw muszę nadrobić zaległości i kupić maseczkę dostępną już w ofercie, ale być może skuszę się dodatkowo na eliksir, albo krem? :)
Wśród nowości do pielęgnacji ciała wypatrzyłam m.in. krem do rąk i balsamy (w różnych wersjach) od Lirene. Zapachy wydają się 'klasyczne' i mało wydziwiane, za to opakowania wydają się bardzo wygodne. Lubię w balsamach właśnie takie rozwiązania z pompką. Do oferty Isany dołączy nowy płyn do kąpieli o zapachu kwiatu wiśni, który podejrzewam zastępuje złotą wersję (będącą niedawno w cnd). Dodatkowo w styczniu możemy spodziewać się też nowej karmelowej wersji balsamu do ciała.
Wśród włosowych nowości wypatrzyłam nową serię Garniera dostępną w różnych wersjach. Natomiast do oferty L'oreala wejdą kremy myjące 3 w 1. Premiera tych nowości również przewidziana jest na styczeń (aczkolwiek, nie zawsze te miesiące się dokładnie zgadzają, jak zdążyłam zorientować się po ostatnim poście z tej serii..).
 Na koniec coś dla fanów kolorówki.. Wśród których na największą uwagę jak dla mnie zasługuje nowa wersja bazy Bielenda, podkłady Rimmela i Manhattan (swoją drogą łudząco do siebie podobne) i nowe metaliczne, matowe pomadki od Revlon (premiera w lutym). Rimmel do swojej oferty dołoży także rozświetlacz i bronzer w tubce (premiera - styczeń), lovely - paletki cieni, a wibo nowe pomadki. Wszystkie kosmetyki, jeśli nie zaznaczyłam inaczej, dostępne będą jeszcze w listopadzie :)
Na koniec grudniowe nowości.. Wśród nich pięknie prezentująca się paleta cieni Bourjois, cienie w kremie i korektor od AA, oraz nowe pomadki w ciekawych kolorach od Rimmel.

Czym tym razem Was skusiłam? :D 
Czytaj dalej

Denko - wrzesień, październik.

Heeej :)
Ostatni dzień miesiąca to zawsze idealny czas na podsumowanie ubiegłego miesiąca/miesięcy.. Tym razem nie zobaczycie u mnie podsumowania kulturalnego, bo obejrzałam jedynie jeden film. Co jak na mnie nie jest szałowym wynikiem.. :D Post z tej serii ukarze się więc za miesiąc, a tymczasem zapraszam Was na denko. 
W ciągu ostatnich 2 miesięcy zużyłam sporo ulubieńców, których używam od dobrych miesięcy lub też nowości, które świetnie się u mnie sprawdziły. Jeśli jesteście więc ciekawe tych produktów to zapraszam do czytania :)
Żel pod prysznic Balea
Bardzo lubię te niemieckie żele, ale ten nie zachwycił mnie szczególnie zapachem.
Żel pod prysznic Isana
Tutaj jestem zdecydowanie zadowolona! Ogólnie lubię te żele z Rossmanna, ale ta edycja limitowana się im wyjątkowo udała. Muszę przyznać, że wypada ona nawet lepiej od tej z Balea. Żel pachniał przepięknie - otulająco, a jednocześnie świeżo.
W porównaniu do innych produktów tej marki ten okazał się największym rozczarowaniem. Nie odpowiadała mi przede wszystkim bardzo rzadka konsystencja i zapach niezbyt przypominający malinę. Akurat w kwestii żeli wolę te z Balea lub Isany, mimo nieco gorszych składów - akurat tutaj mi to zupełnie nie przeszkadza :)
Balsam Avon
Zapach bez szału (kojarzył mi się z syropami :D) i działanie także, więc nie widzę powodów by do niego wrócić. Chociaż nie uważam go za jakiegoś bubla :)
Bardzo przyjemny produkt, który oprócz iście letniego zapachu zachwycił mnie działaniem. Wspaniale wygładzał skórę i miałam wrażenie, że radził sobie też z bliznami. Na pewno jeszcze do niego wrócę, a przede wszystkim wypróbuję wersję pomarańczową.
W porównaniu do żelu o tym samym zapachu ten produkt wypadł duuuużo lepiej. Na tyle by znaleść się w letnich ulubieńcach. Uwielbiałam go przede wszystkim za mega wygodną aplikację i dobre nawilżenie.
Maska do włosów Kallos
Jak wiecie lubię te maski i kupię je zamiennie. Tym razem skusiłam się na najnowszą wersję figową, która jak i pozostałe tej firmy była na prawdę fajna. Jedynie zapach pod koniec zaczął mnie męczyć..
Szampon Bania agafii
Bardzo lubię te rosyjskie szampony, ten także miło wspominam. Dobrze oczyszczał i miał łagodniejsze działanie od drogeryjnych szamponów. Na pewno jeszcze nie raz sięgnę po szamony tej marki, a może i po ten konkretny.
Mój pierwszy kosmetyk tego typu i już miłość ♥ Sam fakt, że był w ulubieńcach kosmetycznych mówi za siebie. Pewnie pojawi się też i w perełkach kosmetycznych z całego roku.
Czarne mydło do ciała i włosów
Używałam go głównie do mycia włosów, dlatego pojawia się wśród włosowych produktów i bardzo się z nim polubiłam. Wyróżnia go przede wszystkim konsystencja i działanie, ale więcej napiszę w recenzji na jego temat :)
Dezodorant Fa
Zapach miał super, z działaniem już gorzej - w gorące dni nie dawał rady.
O mojej przygodzie z tym olejkiem pisałam dokładnie tutaj. W skrócie - nie polubiłyśmy się zdecydowanie przez jego formę. Mimo, że u wielu osób się sprawdza, my już się nie spotkamy :)
Mój wielki ulubieniec o czym wspominałam już niejednokrotnie, wiec daruję sobie już kolejne pochwały :D
Płyn micelarny Bielenda
Płyny tej marki to mój numer 1 jeśli chodzi o demakijaż, zawsze jak tylko skończę jedną butlę to kupuję drugą. Co prawda zawsze sięgam po wersję niebieską, ale tym razem skusiła mnie różowa. Jednak mam wrażenie, że nie radzi sobie ona aż tak dobrze z makijażem jak poprzedniczka, chociaż wiele od siebie się nie różnią :)
Była moim wakacyjnym hitem. Co prawda w tym roku lato nie rozpieszczało, ale super radziła sobie w gorące dni odświeżając cerę i ochładzając ją :) Podczas upalnych miesięcy jest idealna, ale na teraz już tak dobrze by się nie sprawdziła podejrzewam. Wrócę do niej za rok :D
Bardzo przyjemny krem, chociaż nie bez wad. Wiosną - latem sprawdzał się na prawdę przyzwoicie i miał piękny zapach. W zimniejszych miesiącach raczej nie dałby rady, sama nie wiem czy wrócę do niego ponownie.
Zmywacz do paznokci Isana
Stały bywalec, który radzi sobie świetnie z zmywaniem lakierów - nawet tych ciemnych :)
Kremy tej marki to moi wielcy ulubieńcy (kolejni w tym denku :D), dzięki którym polubiłam kremowanie dłoni i zaczełam to robić w miarę regularnie. Co prawda wolałam czerwoną wersję, ale i ta się świetnie sprawdzała - miała przyjemny zapach i dobrze nawilżała dłonie. Na pewno skuszę się na pozostałe wersje :)
Duże płatki bebeauty
Ulubione płatki, jak dla mnie dużo lepsze od tych mniejszych - standardowych.
Bardzo lubię ten produkt za naturalne podkreślenie brwi :) Co prawda teraz odkryłam, że nieco lepiej wypada Lovely z ich żelem, ze względu na wygodniejszą szczoteczkę. Ale poza tym te produkty praktycznie się między sobą nie różnią.
Przyjemny produkt, na tle innych używanych przeze mnie pudrów transparentnych ten wypada bardzo dobrze :) Znalazł się nawet w ulubieńcach lata - z przyjemnością sięgałam po niego w tym okresie.
Top coat Sally hansen
Denko kończę kolejnym ulubieńcem - tutaj widzicie już 2 butelkę tego wysuszacza. Świetnie radził sobie z wysuszaniem i utrwalaniem lakieru. Jedynym minusem jest jego gęstnięcie pod koniec buteleczki.. Taka ilość jak widzicie na zdjęciu jest już praktycznie nie do zużycia..
Na sam koniec maseczki - postanowiłam i te saszetkowe zamieszczać w denku. Sama chętnie czytam o nich w postach ze zużyciami, więc stwierdziłam - dlaczego i ja nie mogłabym o nich wspomnieć. Z tego grona na uwagę zdecydowanie zasługuje maseczka peel off z Bielendy i oliwkowa Ziaja. Obie świetnie oczyszczały cerę. W płachcie najlepiej wypadła ta z Mizon, bo te Lomi lomi większego zachwytu nie spowodowały. Podobnie jak kremowa z Janda..

Znacie produkty z mojego denka? Jak u Was się sprawdziły? :)
Czytaj dalej

Etykiety

4 pory roku AA Alterra alverde anatomicals avon Balea Balmi balsam do ciała balsam do ust Barwa bebeauty bell Bielenda Biolove catrice celia ciało denko dm efektima elfa-pharm eos essence Eveline Evree Farmona film Flormar Garnier gliss kur Golden Rose Green Pharmacy Himalaya hity roku Isana Joanna Kallos kobo kolastyna kolorówka kosmetyczne premiery kosmetyczni ulubieńcy krem bb krem cc krem do rąk krem do twarzy krem pod oczy książki kulturalne podsumowanie roku L'biotica lakier do paznokci lemax lifestyle Lirene liście manuka lovely makijaż Marion mariza maseczka do twarzy maseczki w płachcie maska/odżywka do włosów masło do ciała Maxfactor Maybelline mini recenzje miss sporty miyo mus do ciała muzyka my secret mydło do ciała i włosów Nacomi naklejki wodne naturalnie Neutrogena niekosmetyczni ulubieńcy nivea nowości oceania odżywka do paznokci olejek do twarzy Organic shop Organique organizacja Palmolive paznokcie peeling peeling do rąk peeling do skóry głowy peeling do twarzy perfecta pianka do twarzy pianka pod prysznic pielęgnacja pielęgnacja twarzy planet spa płyn micelarny podkład podróże pomadka promocja na kolorówkę w Rossmannie prywatnie Przegląd kulturalny puder Rimmel Rival de Loop rosyjskie kosmetyki bani agafii Sally Hansen Seche Vite serial serum skarpetki złuszczające soraya Stara Mydlarnia Sylveco szampon tag tanie kosmetyki Tatry tołpa tonik treaclemoon Tutti Frutti twarz Ulubione blogi usta Vipera wcierka wibo wieczorna pielęgnacja wishlista włosy wygląd bloga wyjazdowa kosmetyczka wzorki na paznokciach Yves Rocher zagraniczne kosmetyki ziaja żel do brwi żel pod prysznic
me & my passions © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka