Kosmetyki Banii agafii należą do najpopularniejszych rosyjskich kosmetyków, czy nawet ogólnie tańszych kosmetyków naturalnych. Sama miałam ich całkiem sporo - głównie były to maseczki do twarzy do których często wracam, ale pojawiły się także i maski/odżywki do włosów oraz szampony. Jeśli chodzi o peelingi to od jakiegoś czasu już miałam ochotę wypróbować te do twarzy, czy do ciała. Nie tak dawno nadarzyła się właśnie okazja używania mojego pierwszego peelingu do ciała tej marki. O tym jak się u mnie sprawdził przeczytacie w dzisiejszym wpisie.
Opakowanie jest niemal identyczne jak we wszystkich kosmetykach Banii. Peeling jest zamknięty bowiem w saszetce o pojemności 100 ml. Taka pojemność będzie idealna na wszelkie wyjazdy, kiedy nie chcemy zabierać dużych opakowań kosmetyków. Wygląd jest także przyjemny dla oka - kojarzy się z naturalnymi składnikami.
Zapach kosmetyku jest mocno specyficzny i jak dla mnie niestety niezbyt przyjemny. Mi osobiście kojarzy się z... poczekalnią do dentysty. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale takie właśnie było moje pierwsze skojarzenie :D
Peeling ma konsystencję gęstej zielonej mazi w której zatopionych jest sporo większych - czarnych i mniejszych - białych 'farfocli'. Te drugie swoją drogą zauważyłam dopiero w momencie robienia zdjęć. Szczerze powiedziawszy nie do końca rozumiem zamysł producenta co do takich dodatków, bo nie zdzierają one kompletnie. Jakiś walorów estetycznych też raczej nie dodają produktowi. Na szczęście są na tyle małe, że nie musimy obawiać się zatkania odpływu wanny. Oprócz tego są też maleńkie kryształki zdzierające, ale jest ich na prawdę niewiele, że bardziej miziają skórę niż ją peelingują.
Fanki mocnych zdzieraków na pewno nie będą zadowolone poziomem usuwania martwego naskórka.
Jeśli chodzi o działanie rozgrzewające, bo oprócz oczyszczenia producent wspomina i o takim działaniu peelingu to początkowo nieco się go obawiałam. W końcu zaczęłam używać peelingu pod koniec sierpnia/na początku września, a wtedy można było liczyć jeszcze na wysokie temperatury. Szybko jednak się okazało, że wcale takiego działania nie czuć - kompletnie nic. Także jeśli ktoś kupiłby peeling z myślą o rozgrzewającym działaniu to myślę, że mógłby się czuć dość mocno rozczarowany.
Jedną z niewielu (jeśli nie jedyną) zalet produktu jest to, że po użyciu zostawia on przyjemną warstewkę. Skóra wydaje się być delikatnie nawilżona - zapewne dzięki zawartości olejów, że można by się pokusić o darowanie sobie balsamowania :)
Sama akurat peeling dostałam, ale myślę, że ceny podobnie jak i innych saszetkowych produktów marki nie przekraczają 10 zł.Dostępne będą na pewno w sklepach internetowych mających w ofercie naturalne kosmetyki i w stacjonarnych z podobną ofertą ;)
Używałyście peelingów Banii Agafii? Jeśli tak jak u Was się sprawdziły?
Za kilka dni w Rossmannie rozpocznie się promocja na kolorówkę, oprócz kosmetyków do makijażu będziemy mogły na niej upolować także taniej produkty do paznokci. Ostatnio paznokciowe posty nie pojawiają się zbytnio na moim blogu, co nie znaczy, że już ich nie maluję :D Wciąż maluję paznokcie tradycyjnymi lakierami, a mani pokazuję najczęściej na swoim instagramie. Dzisiaj jednak nie będzie o samych lakierach, ale o innych preparatach, bez których już nie wyobrażam sobie malowania paznokci. Być może skuszę Was na kupno któregoś z nich :)
Mowa o kultowej i myślę bardzo znanej odżywce od Sally Hansen - Maximum growth i dwóch wysuszaczach jakich ostatnio używałam. O Insta dri już Wam wspominałam w kilku postach, dzisiaj jednak porównam go z równie kultowym Seche Vite. Jeśli jesteście ciekawe który wysuszacz sprawdza się lepiej i jak sprawdza się odżywka to zapraszam do czytania! :) Będzie dużo zdjęć, ale z nieco innych światów - początkowo planowałam bowiem oddzielne recenzje.
Na pierwszy rzut wybrałam odżywkę do paznokci MAXIMUM GROWTH. Przed jej kupnem czytałam wiele pozytywnych opinii na jej temat. Jej głównym zadaniem miał być wzmocnienie paznokcia i przyśpieszenie jego wzrostu. Mi zależało bardziej na pierwszej obietnicy, bo paznokcie często się rozdwajały, a zdarzało się też i ich złamanie, najczęściej kiedy nie były pomalowane.
Opakowanie to szklana - płaska buteleczka o pojemności 13,3 ml. Muszę przyznać, że jest to dość spora pojemności, przy każdorazowym nakładaniu jej jako bazy pod lakier po roku używania zużyłam mniej więcej połowę. Co ważne mimo upływu czasu nie straciła na swojej konsystencji - nadal jest niemal tak samo rzadka, co umożliwia to bezproblemowe pokrycie płytki.
Jeśli chodzi o działanie to paznokcie zdecydowanie po jej użyciu stały się mocniejsze. Płytka paznokcia przestała się rozdwajać, z czym wcześniej miałam kłopot. Do tego stała się twardsza - często dostawałam nawet komplementy na ten temat. Nie pamiętam też kiedy złamały się mi ostatnio paznokcie także jeśli macie problem z osłabioną płytką to zdecydowanie warto wypróbować tą odżywkę! :) Co do szybszego wzrostu to tutaj nie do końca mogę się do tego odnieść, bo moje paznokcie same w sobie wydaje mi się, że dość szybko rosną. Ale po tygodniu noszenia jednego koloru widać już konkretniejszy odrost. Kolejny plus odżywki to brak formaldehyduw składzie!
Czas na kolejne produkty czyli dwa dobrze znane chociażby ze słyszenia wszystkim top coat'y. Sama zużyłam już dwie butelki Insta dri - Sally Hansen, a aktualnie już od nieco ponad roku używam Seche Vite.
Opakowanie SV to okrągła buteleczka o pojemności 14 ml. Top od SH z kolei znajduje się podobnie jak i odżywka w płaskiej buteleczce, a pojemność to 13,3 ml. Pojemności są więc do siebie zbliżone. Oba wysuszacze kupujemy zapakowane w papierowe kartoniki, mi zachował się tylko jednego produktu, więc musicie mi wybaczyć brak drugiego.
Działanie obu produktów w głównej mierze ma polegać na utwardzeniu lakieru,nadaniu mu połysku i szybkiemu wysuszeniu. Oba produkty mają podobne pędzelki i początkowo podobną rzadką konsystencję. Jednak wraz z upływem czasu Insta dri zaczyna być gęściejszy i po roku już przestaje być zdatny do użycia. Pojawiają się w nim też bąbelki (chociaż zastanawiałam się czy to też nie wina temperatur, bo zazwyczaj wymieniałam je latem, bo wtedy też się kończył), co nie ma miejsca w wypadku Seche Vite. Mam go już na pewno rok, a jego konsystencja jest praktycznie identyczna jak na początku.
Oba produkty łączy to, że spełniają swoje zadania - oba dają na paznokciach 'efekt hybrydy'. Bardzo często jestem pytana czy zaczęłam robić hybrydy itp, więc na prawdę mają moc! :D Oprócz nabłyszczenia paznokcie wytrzymują spokojnie tydzień. Czasami najwyżej ścierają się końcówki, ale to też zależy od zastosowanego lakieru. Oba też szybko radzą sobie z wysuszeniem lakieru - już po kilku minutach można wrócić do wykonywanych czynności. Główna różnica polega tylko na tym, że Insta dri trzeba szybciej wymienić, a Seche Vite dłużej jest zdatny do użycia.
Po przekroczeniu 'czasu zdatności do użycia' topu od SH staje się on mniej trwały. Czytałam wypowiedzi dziewczyn, że po jakimś czasie lakier zaczynał odchodzić płatami gdy stosowały Insta dri. Wtedy uświadomiłam sobie, że rzeczywiście po kilkunastu miesiącach użytkowania czasami zdarzało się, że lakier nieestetycznie 'pękał' odchodząc od płytki. Najczęściej miało to miejsce po myciu naczyń, kontakcie z wodą czy ogólnie jakieś pracy działkowej. Sama wtedy myślałam, że wina leży po stronie lakieru, ale rzeczywiście mogło chodzić o wysuszacz insta dri.
Tak więc więcej minusów znajduję zdecydowanie w produkcie od Sally Hansen, ale pojawiają się one dopiero po dłuższym używaniu. Sama po tym czasie i tak praktycznie go już kończyłam (co widzicie po praktycznie pustej buteleczce), więc i tak wymagał wymiany. Także nie uważam, żeby to był zły produkt - zresztą długo był moim ulubieńcem i pewnie gdybym nie poznała Seche Vite to nadal by nim był :)
Oba produkty Sally Hansen są warte uwagi podczas promocji w Rossmannie. Zwłaszcza, że będzie można je kupić sporo taniej :)
Cena odżywki Maximum Growth regularna: 15,99zł --> po promocji: ok. 7,20 zł
Cena top coatu Insta dri regularna: 21,99 zł --> po promocji: ok. 9,90 zł
Jeśli jednak szukacie top coatu, który wystarczy Wam na dłużej to wtedy warto zainwestować w Seche Vite. Ten produkt nie jest dostępny w Rossmannie, ale znajdziecie go w Hebe, czy Super Pharm. Cena to ok. 13 zł - według stony Super Pharm, ja pamiętam, że kupowałam go rok temu na Allegro za 16,50 zł.
Znacie te produkty? Jak się u Was sprawdziły? Jakich odżywek do paznokci używacie i wysuszaczy - jeśli używacie tradycyjnych lakierów? :)
Dzisiaj recenzja kultowego wręcz produktu, czyli odżywki Jantar. Sama wiele o niej słyszałam i długo nosiłam się z zamiarem jej kupna. Odstraszała mnie jedynie niewygodna szklana butelka i obawiałam się także, że nie będę zbyt systematyczna w jej stosowaniu przez mój słomiany zapał. Jednak po zmianie opakowania wpadła w moje ręce i ku mojemu zaskoczeniu udało mi się używać jej w miarę systematycznie przez nieco ponad miesiąc. Dzisiaj więc opiszę Wam efekty po zużyciu butelki wcierki Jantar, czyli właśnie po ponad miesiącu stosowania.
Zmienione opakowanie to plastikowa butelka z atomizerem, który ogromnie ułatwia aplikację! Wcześniej wcierka znajdowała się w szklanej buteleczce, która nie była zbyt wygodna. Trzeba było kombinować, a teraz można bezpośrednio rozpylić ją na skalp. Zmiana opakowania więc jak najbardziej na plus!
Kupując odżywkę - wcierkę obawiałam się nieco jej zapachu, jak się jednak okazało nie potrzebnie. Jest on bowiem całkiem przyjemny - świeży, nie nachalny i przypomina nieco męskie perfumy. Konsystencja wiadomo - jest wodnista i myślę, że tutaj nie ma co się rozpisywać.
Producent obiecuje głównie efekty w postaci redukcji wypadania czy pojawienia się tak zwanych 'baby hair'. Często też czytałam o tym, że wydłuża ona 'świeżość' włosów, więc zapowiadało się idealnie jak dla moich ostatnio kapryśnych włosów :D
Zacznę od tego, że wcierkę stosowałam przez niewiele ponad miesiąc (na tyle pozwoliła mi wydajnośćjednej butelki)praktycznie codziennie po umyciu włosów. Czyli dokładnie tak jak zaleca producent. Wiem, że poprzednią wersję należało spłukiwać, ale tutaj nie jest to wymagane. Zdarzyło się co prawda, że kilka razy zwyczajnie mi się nie chciało, czy zapomniałam nawet jej użyć, ale byłam raczej regularna, więc efekty jakieś tam powinny być. Czy były i co zaobserwowałam w czasie stosowania? Przede wszystkim pojawiło się na prawdę sporo małych włosków, momentami irytujących, kiedy sterczą we wszystkie strony :D Ale na prawdę ucieszyłam się z tego, że się pojawiły i to w nie małej ilości. Miałam też wrażenie, że włosy szybciej rosną. Za to nie zauważyłam, żeby wcierka ograniczyła ich wypadanie, bo tracę podobną ilość włosów - niestety. Więc w tej (w sumie głównej) roli nie dała rady. Nie zauważyłam też, żeby wydłużyła świeżość włosów, a nawet przeciwnie - miałam wrażenie, że przeciąża ona włosy. U samej nasady włosów krócej pozostawały one świeże, bo kolejnego dnia po południu już były 'oklapnięte' i nadawały się do mycia, kiedy zazwyczaj spokojnie jeszcze wieczorem wyglądają całkiem dobrze. Za to zauważyłam, że miała pozytywny wpływ na sam skalp, gdzie niwelowała jakieś podrażnienia i przetłuszczanie.
Słyszałam też, że w nowej wersji oprócz opakowania zmienił się też skład i to na lepsze. Sama się do tego raczej nie odniosę, bo po pierwsze nie miałam starej wersji, a po drugie nie czuję się zbyt kompetentną osobą w tym temacie :D Tak czy siak wcierka wypadła u mnie całkiem pozytywnie, mimo, że nie spełniła ona wszystkich obietnic to bardzo cieszy mnie pojawienie się nowych 'baby hair'. Do tego należy ona do tańszych produktów tego typu, bo w cenie regularnej kosztuje ok.14 zł, a sama kupiłam ją jeszcze taniej na promocji za jakąś dyszkę :) Z dostępnością nie ma problemu, bo na prawdę łatwo ją dorwać, kupicie ją chociażby w Hebe, Rossmannie (i tym podobnych drogeriach, w tym mniejszych), w sklepach internetowych czy pewnie nawet w aptekach. Dodam, że być może gdybym stosowała ją jeszcze dłużej efekty byłyby lepsze, szczególnie ten dotyczący wypadania. Jeśli skuszę się na kolejną butelkę i zauważę większe efekty - dam znać :)
Znacie ją? Jak oceniacie?
Jesteście w stanie polecić mi inne - warte uwagi wcierki, które wzmocnią włosy i ograniczą ich wypadanie?
Przed nami ostatni wrześniowy weekend, więc to ostatni dzwonek aby podsumować ten miesiąc pod względem kulturalnym. Ostatnio pogoda sprzyja już bardziej spędzaniu wieczorów pod kocem z dobrą książką, serialem, czy filmem, więc być może akurat znajdziecie coś dla siebie w dzisiejszym zestawieniu. Tym razem będzie dość różnorodnie, bo znajdzie się kilka propozycji z każdej kategorii. Nie przedłużając zapraszam do czytania!
Muzyka
KORTEZ - Hej Wy ♥
BARANOVSKI - Luźno
Ania Karwan - Głupcy
The Chainsmokers - Side Effects
Jeśli chodzi o muzykę to często jest tak, że albo słucham tych samych - ulubionych kawałków, albo mam sporo nowych świetnych utworów do pokazania. We wrześniu akurat była ta druga sytuacja i jak widzicie piosenek do pokazania jest nieco więcej (część z nich i tak sobie darowałam :D). Zdecydowanym ulubieńcem i moim nr 1 jest najnowszy utwór Korteza - Hej Wy. Nie oszukujmy się, większość jego piosenek mi się podoba, ale ta zdecydowanie spodobała mi się już od pierwszego odsłuchania wersji koncertowej i z niecierpliwością oczekiwałam na jej 'oficjalną' premierę :) Często słuchałam też najnowszych singli osób znanych mi z the Voice of Poland, czyli Wojtka Baranowskiego i Ani Karwan. Z zagranicznych, radiowych hitów w ucho wpadł mi wakacyjny kawałek od The Chainsmokers.
Filmy
To tylko chemia
22-letnia Oli marzy o wielkiej miłości. Pewnego dnia jej marzenie się spełnia, nieoczekiwanie dziewczyna wkracza do świata sławy, luksusu i wielkich pieniędzy. Wybrankiem jej serca jej sławny aktor. Wydaje się, że znalazła ona swojego księcia z bajki, szybko jednak okazuje się, że pożądanie i miłość nie są tym samym. Oli odkrywa w końcu, że prawdziwe uczucie czeka na nią tam, gdzie zupełnie by się tego nie spodziewała.
Na początek nieznana zupełnie produkcja, do której podchodziłam z ogromnym dystansem. Nie jestem bowiem fanką hiszpańskich produkcji, a do tego opis wydawał się niezbyt przekonywujący. Okazała się ona jednak bardzo miłym zaskoczeniem - przyjemnym i lekkim romansidłem z nutą humoru. Wbrew pozorom ma jakiś przekaz, a kilka zabawnych momentów sprawia, że oglądało się ją bardzo przyjemnie :) Na plus także wybór aktorów - zostali na prawdę fajnie dopasowani. Może nie jest to nic szczególnego, jednak jeśli szukacie czegoś niewymagającego na jesienny wieczór to ta pozycja będzie idealna!
Plan B
Marząca o dziecku singielka decyduje się na sztuczne zapłodnienie. W tym samym momencie spotyka mężczyznę swojego życia.
Bardzo znana produkcja, więc nie będę się zbytnio o niej rozpisywać. Dla mnie jest mocno przeciętna, ani nie ma szału, ani tragedii :P
Lady Bird
Rok z życia zbuntowanej dziewczyny, która uczy się w katolickim liceum.
Za to tutaj zdecydowanie bliżej jest do tragedii.. :D Skusiłam się na ten film ze względu na liczne nominacje, w tym do oskarów, a okazało się, że jest on po prostu nudny. Dlatego nie polecam, zresztą sama głównie przewijałam ten film, także to, że go oglądałam to za dużo powiedziane :P
Sierra Burgess jest przegrywem
Inteligentna, ale niezbyt lubiana licealistka nawiązuje internetową znajomość z przystojniakiem, któy myśli, że dziewczyna jest kimś innym.
Najnowsza produkcja Netflixa, powiedziałabym, że już typowa dla innych filmów tej produkcji. Tutaj jednak jak dla mnie historia jest mocno naciągana i nierealna. Jednak na luźny wieczór jeśli mimo wszystko lubicie takie 'szkolne' filmy to warto zobaczyć ;) Mi samej oglądało się ją całkiem przyjemnie.
Zabiłam, aby żyć
Młoda Alexandra poznaje dużo starszego od siebie mężczyznę. Nieznajomy od początku nie wzbudza zaufania u ojca dziewczyny, jednakże dziewczyny ignoruje rady ojca i wyprowadza się z domu. Z pozoru idealny i kochający partner, z biegiem czasu zamienia życie Alexandry w piekło...
Cięższy film na bardzo ważny temat, momentami aż mnie szokował.. Momentami nieco się mi dłużył - zwłaszcza podczas rozpraw w sądzie, ale ogólnie zostaje w pamięci na dłużej i myślę, że warto go obejrzeć ;)
Seriale
Postanowiłam także wspomnieć o 2 nowych polskich serialach kryminalnych. Zaczęły się one we wrześniu, więc będą to takie 'wstępne' wrażenia, po tych kilku odcinkach jestem w stanie co nieco o nich powiedzieć :)
Pułapka jest serialem realizowanym przez twórców Bogów i Belfra - obie pozycje przypadły mi do gustu, więc liczyłam, że i z tą będzie podobnie. Muszę przyznać, że po połowie sezonu (serial ma jedynie 6 odcinków w 1 sezonie) jest na prawdę ciekawy! Klimat jak dla mnie jest podobny jak w belfrze, ale przy tym w każdym odcinku jest mnóstwo zwrotów akcji - bardzo dużo się dzieje. W tej sposób przez cały czas utrzymuje uwagę widza, ciągle pojawiają się nowe wątki i do końca nie wiadomo ani o co chodzi, ani kto jest dobry, a kto zły. Aktorzy też są jak dla mnie świetnie dobrani, gra aktorska na wysokim poziomie i ogólnie całościowo serial wypada na prawdę dobrze! Warto zobaczyć :)
Ślad
Tutaj z kolei nieee do końca przekonuje mnie ten serial. Dużo w nim takich niedociągnięć, można wyłapać ich już kilka w pierwszych 4 odcinkach. Aktorzy może i częściowo są dobrani nieźle, ale jak dla mnie grają strasznie sztucznie. Momentami ma się wrażenie, że obraz nie jest dopasowany do dźwięku jakby serial był dubbingowany :DD Przez 3 pierwsze odcinki bohaterowie zajmowali się jedną sprawą, a kolejną już tylko przez 1 odcinek - więc to też mogłoby być lepiej rozplanowane, ale być może już się czepiam :D Kolejna sprawa to pojawiający się z nie wiadomo skąd nowi bohaterowie, - nie są ani przedstawiani, nic o nich nie wiemy, a pojawiają się już jako skład zespołu. Tak więc ta pozycja wypada dla mnie dużo, dużo słabiej - nie jestem nawet pewna czy dotrwam do końca sezonu.
Książki
We dwoje
Dawno już nie czytałam Sparksa, więc ucieszyłam się z możliwości przeczytania jednej z jego najnowszych książek. Podobnie jak reszta jego książek tak i ta została napisana w specyficzny dla tego autora sposób - dzięki czemu czytało się ją na prawdę szybko i przyjemnie. Ogólnie zawsze uważałam, że jego historie są trochę pisane 'na jedno kopyto', ale ta jednak mnie zaskoczyła tym, że tym razem jest to coś innego i nowego. Warto się na nią skusić, zwłaszcza jeśli lubicie książki tego autora! :)
Moje serce w dwóch światach
Trzecia część losów Lou znanej wielu z 'Zanim się pojawiłeś'. Pierwszej części ta na pewno nie przebiła, ale wypada na pewno lepiej niż druga - 'Kiedy odszedłeś'. Ogólnie czytało się ją przyjemnie, chociaż pod koniec już zaczynała mnie nudzić. Było w niej jednak wiele zabawnych momentów i ogólnie oceniam ją pozytywnie. Spodoba się wielbicielkom romansów, a szczególnie historii z pierwszej części trylogii.
Tym razem wyszło całkiem różnorodnie - dajcie koniecznie znać, czy coś znacie i jakie macie zdanie na temat danej pozycji. Szczególnie jestem ciekawa czy znacie najnowsze serialowe produkcje i czy podzielacie moje zdanie :D
Wrzesień dobiega końca, a tym samym sporą część z nas czeka powrót na uczelnie. Ja zupełnie nie czuję się na to gotowa, ale cóż poradzić - taka kolej rzeczy... Jednak na dzisiaj przygotowałam dużo przyjemniejszy temat, czyli post z nowościami, które znajdziemy już w październiku w drogeriach. Mogę już na wstępie zdradzić, że będzie sporo kolorówki, więc jej fanki będą zapewne zadowolone :) Zresztą na początku miesiąca czeka nas podobno kolejna promocja -55%/-49% na kosmetyki do makijażu, więc będzie to fajna okazja do przetestowania nowości. O ile oczywiście uda się je dorwać :D Jeśli jesteście ciekawe co tym razem ciekawego wybrałam - nie przedłużając zapraszam do czytania!
Na pierwszy ogień jedna z ciekawszych nowości, czyli zupełna nowość - naturalne pomadki do ust Bee Natural. Do wyboru jeśli się nie mylę będzie 3 wersje - waniliowo - kokosowa, mango i granat.
Wśród nowych pomadek pojawi się także kolejna wersja eos i także będzie to wariant mango. Fanów naturalnej pielęgnacji ucieszą też nowości w ofercie Alterra, czyli węglowy szampon do włosów przetłuszczających się i krem do rąk z rokitnikiem. Muszę przyznać, że szampon pewnie wpadnie do mojego koszyka, bo brzmi na prawdę fajnie :) Niezłą propozycją wydaje się też duet Janda - maska i krem - serum.
Fanki masek w płachcie ucieszą też nowości od Perfecta, tym bardziej, że pojawi się ciekawa wersja z 'ekstraktem śliny z jaskółczych gniazd' :D Pierwsze słyszę o takim 'wariancie', sama z kolei jestem ciekawa wersji z witaminą C.
To jednak nie koniec nowości do pielęgnacji twarzy od Perfecta - w ofercie marki pojawi się bowiem cała gama peelingów. Będzie sporo wersji przeznaczonych do różnych typów cery, w moim kolażu brakuje wersji dla cery naczyniowej z ekstraktem z papai. Każdy znajdzie więc peeling przeznaczony do swojego typu cery ;)
Oprócz kosmetyków do twarzy pojawią się także olejkowe balsamy do ciała. Swoją drogą widzę tutaj małą 'inspiracje' jedną z najnowszych serii bielenda :D Skoro jesteśmy przy olejkach to w ofercie AA z kolei pojawi się olejek do paznokci, który prezentuje się jak dla mnie całkiem fajnie.
Młodsze osoby być może ucieszy obecność żelu, toników i kremu punktowego od Under Twenty. Sama nie miałam nigdy kosmetyków z tej serii, ale wiem, że sporo osób jest zadowolonych z efektów ich działania :) Nie mogłam sobie też odpuścić umieszczenia nowego - arbuzowego żelu od Fa, jako że jestem fanką tego zapachu.
W tym momencie kończy się pielęgnacyjna część premier - czas przejść do makijażowych zapowiedzi, których jest nieco więcej!
Nie mogło zabraknąć nowości od Lovely. Wiele osób pewnie zainteresuje sławny tusz Pump Up w wersji.. niebieskiej! Sama bardzo lubię klasyczną wersję i przy niej jednak pozostanę, bo nie jestem przekonana do kolorowych maskar. Oprócz tego ciekawą propozycją są holograficzne rozświetlacze, bo trzy wersje w słoiczku wydaje mi się, że mają tylko zmienione opakowanie. Ale być może się mylę :) W oko wpadł mi też niebieski - brokatowy lakier, jeśli będzie tylko fajnie prezentował się na swatche to się na niego skuszę. Z kolei maska peel off z brokatem i zielony róż zmieniający kolor po aplikacji mają jak dla mnie bardziej zadatki na kit, niż hit :D
Same opakowania marki pozostawią jak dla mnie także sporo do życzenia, marka w końcu mogłaby bardziej nad nimi popracować. Kojarzą mi się z kosmetykami dodawanymi do gazet kilka lat temu :P
Wibo z kolei postawiło na brokatowe lakiery hybrydowe, które swoją drogą wyglądają bardzo fajnie :) Dodatkowo w ich ofercie pojawią się paletki cieni i matowo - metaliczne pomadki mocno inspirowane innymi kosmetykami - droższych marek do których podobieństwo widać gołym okiem. Jednak same opakowania wyglądają już dużo lepiej od tych Lovely i to należy im przyznać! :)
Wielbicielki hybryd ucieszą także nowe i swoją drogą jak dla mnie bardzo ładne jesienne kolory wśród lakierów Eveline. W szafie Revlon z kolei znajdziemy m.in nowy podkład i cienie, które nie załapały się już na kolaż.
Tym razem może nie jest tego szczególnie dużo.. Sama nie jestem zbyt zainteresowana kolorówką, za to kilka nowości z pielęgnacji wpadło mi w oko np. szampon Alterra, pomadki Bee natural i peeling węglowy Perfecta.
Standardowo zapytam - czym Was skusiłam? Czy może jednak tym razem nie wyłapałyście nic dla siebie? :)