24.1.22
Peeling do ciała Planeta Organica truskawka i nasiona chia. Najdziwniejszy kosmetyk jaki miałam!
Nie raz wspominałam Wam, że jestem wielką fanką kosmetyków o nietypowych formułach. Gdy tylko zobaczę coś oryginalnego to zazwyczaj wpisuje to na moją listę 'do wypróbowania'. Tak było właśnie z peelingiem do ciała Planeta Organica. Marka nie jest zbytnio popularna i łatwo dostępna w drogeriach, więc ucieszyłam się, gdy swój egzemplarz dostałam na urodziny od Kornelii. To właśnie u niej zobaczyłam go zresztą po raz pierwszy! Muszę przyznać, że zawartość okazała się mega.. dziwna! Dlaczego? O tym w recenzji!
Sam wygląd jest całkiem uroczy i minimalistyczny. Opakowanie z kolei jest łudząco podobne do peelingów Organic Shop. Wykonane z miękkiego, cienkiego plastiku z 'nakładaną' pokrywką - nie jest zbytnio mocne i stabilne. Pojemność także jest podobna do wspomnianej marki i wynosi 250 ml.
Słoiczek jest przeźroczysty, więc spokojnie można podejrzeć zawartość opakowania, która na pierwszy rzut oka wygląda całkiem zachęcająco!
Formuła wygląda na a'la dwufazową, sęk w tym, że totalnie się nie łączy. Górna warstwa jest wręcz 'przyklejona' do opakowania. Podczas otwierania.. zostaje na wieczku :D Dolna z kolei jest bardziej płynna - przelewa się przy poruszaniu opakowaniem. Poniżej możecie zobaczyć jak peeling prezentuje się po kilku tygodniach używania.
Całość wygląda trochę jak jakiś deser z bitą śmietana :D
Jak wypominałam połączenie obu warstw nie jest możliwe ze względu na różne konsystencje 'warstw'. W takim razie jak je używać? Sama po nieudanych próbach użycia razem zdecydowałam się używać ich osobno. Chociaż ciekawy jest fakt, że nie ma na opakowaniu informacji jak używać produktu. Myślę, że przydałaby się :D
Biało - różowa wierzchnia warstwa jest gęsta i zbita. Na dobrą sprawę nawet ciężko ją w dłoniach rozbić i nałożyć na ciało. Po kilku minutach to się udaje, jednak nie sunie zbyt płynnie po ciele. Pod palcami daje się wyczuć sporo malutkich drobinek przypominających korund, jednak nie są zbyt ostre. Największą trudność miałam z usuwaniem produktu, przez dziwną 'mazistą' formułę nie chce się spłukiwać z ciała. Nawet gdy wydaje się nam, że pozbyłyśmy się drobinek przy wycieraniu może okazać się.. inaczej :D Dlatego polecam stosować peeling przed żelem - sama tak go używałam.
Różowa dolna warstwa przypomina mi żel truskawkowy i jest 'glutowata'. Przez co niemal zawsze przy nakładaniu część produktu ląduje na dnie wanny.. Tutaj na pierwszy rzut oka widać nasiona chia zatopione w konsystencji, ale i małe drobinki z górnej części też są i tu obecne, tyle, że w mniejszej ilości. Przy tej warstwie także miałam kłopoty ze spłukiwaniem peelingu, nasiona chia nie do końca współpracowały, podobnie jak i mniejsze drobinki.
Gdy już uporałam się ze zmyciem ciało po użyciu produktu było gładkie i nawet delikatnie nawilżone, na tyle, że rezygnowałam z balsamu. Chociaż obie warstwy określam jako zdzieraki o słabej mocy, dolna część to w sumie taki żel peelingujący. Podsumowując mega dziwny produkt! Ale moja ciekawość została zaspokojona :D Prawie zapomniałam wspomnieć o zapachu.. Nie był on imponujący, peeling pachniał mi jak białe landrynki - czyli nawet nie truskawkowo, za to przesadnie słodko :D
Dostępność peelingu to niemal wyłącznie sklepy internetowe. Cena to ok. 10 zł, więc jeśli jesteście go ciekawe to można się skusić bez obawy, że ucierpi nasz portfel.
Znacie tego gagatka? Jak go oceniacie?