Kilka lat temu zaraz po premierze serii Hair Food 'wymyśliłam' sobie, że wypróbuję wszystkie dostępne maski z tej serii. Szło mi bardzo dobrze i przy okazji poprzedniej recenzji pisałam, że została mi do testów ostatnia - aloesowa wersja. Jednak w między czasie premierę miała mega ciekawa maska mentol i kiwi. Już mam ją w zapasach, więc na pewno i o niej napiszę, ale póki co zapraszam na recenzję wspomnianej maski Aloe Vera+ Hair Food. Główna obietnica producenta to 100h nawilżenia - jak wypadła? Zapraszam do czytania.
Opakowanie to typowy dla tej serii plastikowy, zakręcany słoiczek o pojemności 400 ml.
Przyznam, że pod względem zapachu ten wariant nie był dla mnie specjalnie kuszący. Bardziej interesowały mnie owocowe wersje, ale już po pierwszym powąchaniu maski byłam nią zachwycona! Zdecydowanie odpowiada mi to, że zapach jest delikatniejszy w porównaniu do innych wersji. W owocowych Hair Food'ach często przeszkadzała mi ich moc (używanie przy migrenie odpadało). Ta wersja jest zdecydowanie bezpieczniejsza i bardziej uniwersalna - spodoba się każdemu. Woń jest świeża, kojarzy mi się z płynami do prania - zachwycam się nią przy każdym używaniu :D
Kolejny aspekt wyróżniający tą wersję na tyle innych to konsystencja. Pozostałe wersje miały bardzo zbliżoną gęstą, wręcz zbitą, budyniową formułę. W wariancie aloesowym jest ona znacznie rzadsza (przelewa się w opakowaniu) i taka kremowo - żelowa. Trzeba nawet uważać, żeby nie uciekła podczas nakładania. Niestety zapomniałam zrobić zdjęcia maski. Nie wiem jak do tego doszło, ale musicie mi to wybaczyć :D
Zauważyłam, że przeciwnie do innych wersji producent informuje, że maskę można stosować do skóry głowy (w poprzednich wersjach zamiast tego było zastosowanie jako odżywka). Sama stosowałam ją jednak wyłącznie na włosy jako maskę/odżywkę.
Posiadam cienkie, przetłuszczające się włosy i mam wrażenie, że ta wersja najbardziej pasowała moim kapryśnym pasmom. Inne warianty o znacznie treściwszych formułach często obciążały moje włosy. Musiałam uważać z częstotliwością i ilością ich stosowania. Tutaj nie ma tego problemu - włosy są wypielęgnowane i lekkie, nie tracą objętości. Niezależnie od czasu nakładania maski pasma są dobrze nawilżone (chociaż z czasem 100 h bym nie przesadzała :D), gładkie i pełne blasku. Lepiej się układają, nie puszą się i nie elektryzują. Z przyjemnością będę wracać do tego wariantu i polecam go szczególnie przy włosach cienkich jak moje :)
Aloesową wersję maski, podobnie jak inne Hair Foody znajdziecie w wielu drogeriach czy nawet sklepach spożywczych. Dla przykładu - cena regularna w Hebe to ok. 28 zł, a aktualnie kupicie ją na promocji za ok. 18 zł.
Znacie tą wersję? Jak sprawdziła się u Was? Który wariant masek Hair Food jest Waszym ulubionym?
Recenzję pozostałych wariantów z tej serii:
Brak komentarzy:
Dziękuję za każdy komentarz - sprawia mi on sporo radości! :)
Na wszystkie pytania zamieszczone w komentarzach pod danym postem odpowiadam bezpośrednio pod nimi w komentarzu.
Zapraszam również do pozostania ze mną na dłużej. Będzie mi bardzo miło ♥
Większa część zdjęć zamieszczonych na blogu jest mojego autorstwa (jeśli nie - wyraźnie jest to zaznaczone). Ich kopiowanie jest zabronione! Nie kradnij, jeśli chcesz je gdzieś udostępnić najpierw zapytaj!